diff --git "a/data/nonsa/nonsa.sample.jsonl" "b/data/nonsa/nonsa.sample.jsonl" --- "a/data/nonsa/nonsa.sample.jsonl" +++ "b/data/nonsa/nonsa.sample.jsonl" @@ -1,12 +1,12 @@ -{"added": "2026-09-28", "author": "nonsensopedia contributors", "created": "2021-10-06", "id": "nonsa_271330", "license": "CC-BY-SA-3.0", "source": "nonsa", "text": "250px|thumb|Ranny w lewą gąsienicę Hetzer z podkuloną lufą wyrażającą ból i strach\nPanzerjäger 38(t) (dla graczy World of Tanks Hetzer) – symbol jedności europejskiej pod postacią niemieckiego niszczyciela czołgów projektu czesko-słowackiego skopiowanego od Rumunów, a budowanego we Francji, by Węgry miały czym wojować z Ukraińcami walczącymi za Rosję.\n\nHetzer był również maskotką wykonującej RAC grupy Wehrmacht począwszy od albumu koncertowego Eastern Front: Live 1944.\n\nKwestia techniczna\n250px|thumb|Jeden z pojazdów z 12 Dywizji Pancernej SS „Hitlerjugend”\nW sumie do końca wojny powstało prawie trzy tysiące Hetzerów, z czego w muzeach i prywatnych kolekcjach zachowało się do naszych czasów niemal trzy i pół tysiąca egzemplarzy.\n\nIII Rzesza w roku 1944 borykała się już z poważnym niedoborem wszystkiego i racjonowane były nawet materiały na tworzenie broni. Powstał jednak projekt zbudowania niezniszczalnego niszczyciela czołgów Panzerjäger 38(t), jednak na etapie produkcji niezniszczalnego pancerza przedniego skończyły się materiały. Tak więc Hetzer z przodu mógł wytrzymać i kopniaka wściekłego Chucka NorrisaPrzynajmniej Goebbels powtórzył to kilkaset razy, a jak wiadomo, kłamstwo po setnym razie staje się prawdą, jednak z tyłu mógł zniszczyć je pojedynczy koktajl Mołotowa. I bynajmniej nie chodziło tu o właściwości zapalające, a o sam fakt uderzenia butelką w pojazd.\n\nProjektanta Hetzera podejrzewano o sabotaż, tak więc Hitler powołał do zbadania sprawy swoich najwierniejszych ludzi. Komisja zorganizowana przez admirała Wilhelma Canarisa pod przewodnictwem Maxa von Stirlitza zleciła inspekcję Hansowi Klossowi, a raport do Wilczego Szańca dostarczył osobiście pułkownik Claus von Staufenberg. W niejasnych okolicznościach pomylił jednak teczki, w skutek czego wyniknęło drobne nieporozumienie znane jako „zamach 20 lipca”, które zapewniło Stauffenbergowi tytuł niemieckiego bohatera narodowego.\n\nWpływ owej genialnej konstrukcji na triumf Rzeszy\nŻaden, ale nie zostawimy przecież pustej rubryki. Popatrz sobie lepiej na balet gruziński, jest naprawdę piękny.\ncenter|350px\n\nDalsze losy\nPo wojnie niemieckimi zapasami złota Hetzerami zaopiekowała się Szwajcaria, która do lat siedemdziesiątych opierała o nie swój system odstraszania potencjalnego przeciwnika. Fakt, że przez te wszystkie lata nikt Szwajcarii nie zaatakował świadczy o tym, że nawet po latach Hetzery budziły przerażenie. Niektórzy natomiast uważają, że Hetzery odnalazły się w Argentynie na złomowiskach. Zaprzeczył temu jednak swego czasu lokalny działacz diaspory niemieckiej, ceniony lekarz doktor Wolfgang Gerhard.\n\nPzKpfw I\nPzKpfw III\nPzKpfw V Panther\nPzKpfw VI Tiger\n\nKategoria:Niemiecka broń pancerna", "token_count": 991} -{"added": "2026-09-28", "author": "nonsensopedia contributors", "created": "2022-02-13", "id": "nonsa_247101", "license": "CC-BY-SA-3.0", "source": "nonsa", "text": "Seksbomba – rodzaj broni masowego rażenia wykorzystującej wpływ bodźców wizualnych na wrażliwe części ciała (najczęściej oczy) mężczyzn i niektórych kobiet. Ze względu na specyficzny charakter nie jest ona objęta żadnymi traktatami międzynarodowymi ograniczającymi rozpowszechnianie broni ABC (atomowej, biologicznej, chemicznej), choć trudności w jej uzyskaniu czynią ją niezwykle rzadko spotykaną na współczesnym polu walki. Niemniej prace nad nią trwają we wszystkich państwach świata z wyłączeniem Watykanu.\n\nZasady działania bomby\nZasada działania bomby polega na wytworzeniu w jak najkrótszym czasie zmian w układzie nerwowym ofiary. Pod tym względem seksbomba zalicza się do środków paralityczno-drgawkowych i wywołuje przede wszystkim zawrót głowy, podwyższenie ciśnienia krwi, napięcie nerwowe oraz inne zaburzenia psychiczne, zwłaszcza zaburzenia afektywne i zmiany napędu psychomotorycznego (np. pobudzenie, osłupienie, stupor). Powstanie tych dolegliwości wynika z faktu, że mężczyźni narażeni na działanie seksbomby z reguły narzekają: „ona zakręciła mi w głowie” i „szaleję za nią”. Seksbomby służą podczas ataku zarówno na pojedyncze osoby, jak i na ludność cywilną za pomocą wielkonakładowych magazynów dla panów. Dzięki polskiemu filmowi edukacyjnemu Seksmisja niemal każdy wykształcony mężczyzna w Polsce zna działo przeciwseksbombowe: „Weź pigułkę”.\n\nZnane modele seksbomb\nDioda Elektrownia – szczytowe osiągnięcie rodzimego przemysłu zbrojeniowego.\nDenise Milani – bardzo udany model stworzony w ramach współpracy czesko-amerykańskiej, by zasilić potencjał zbrojny NATO.\nVeronika Zemanova – kolejny dowód na prym Czech w produkcji seksbomb.\nHermiona Granger – swego czasu podstawowa broń używana przeciw Siłom Zbrojnym Gimbazy.\nTeresa Orlowski – znana też jako wunderwaffe, jeden z bardziej udanych projektów, niestety model ten jest obecnie dość przestarzały i wycofano go z użycia.\nTatiana Gierasimowa – zabójcza broń produkcji rosyjskiej, obiekt dumy narodowej silnie promowany w rządowych mediach, zwłaszcza telewizji.\nNatalia Pokłońska – prototypowa broń testowana na Krymie przez wojska rosyjskie, które dowiodły jej skuteczności przeciw siłom japońskim.\n\nZobacz też goła baba\nMarilyn Monroe\n\nKategoria:Zboczeństwa\nKategoria:Kobieta", "token_count": 843} -{"added": "2026-09-28", "author": "nonsensopedia contributors", "created": "2025-08-21", "id": "nonsa_139233", "license": "CC-BY-SA-3.0", "source": "nonsa", "text": "thumb|250px|Flaga Chorwacji – inna wersja thumb|250px|Prezydent Chorwacji na randce z Prezydentem Polski thumb|250px|Dwie chorwackie legendy – Goran Ivanišević i Durex\n\nChorwacja (chor. Hrvtsk) – państwo braci, Słowian. Niepodległa od 1991, jeszcze się trzyma, a nawet weszła do Unii w 2013 roku. Prawdziwie katolickie państwo. Państwo nazywane „kleszczami Europy”, które od 20 lat przymierza się do zniszczenia Bośni i Hercegowiny.\n\nKiedyś Chorwacja była pod władaniem Dziadzia Rzymu, potem Austriaków, Węgrów, Osmanów, Serbów, podczas wojny z kolei stworzyli Niepodległe Państwo Chorwackie, które nie było wcale tak bardzo niepodległe. Niemiaszki dali Chorwatom wolną rękę w sprawach organizowania serbobić. Chorwacki rząd postanowił zainwestować w turystykę, dlatego zbudowano obozy wypoczynkowe jak na przykład Jasenovac Hostel (w którym odpoczywali Serbowie i Żydzi), który mógł konkurować z takimi niemieckimi markami jak Auschwitz-Birkenau Holiday czy Dachau Grand Hostel. Jednak jak wiemy, Ruscy pogonili Szwabów i wujek Adi kopnął w kalendarz w swojej dziurze w Berlinie. Tym samym władzę w Chorwacji zdobyli jugosłowiańscy komuniści, którzy zamknęli obozy. Dyktator Chorwacji, jak przystało na męża stanu, dał dyla do Argentyny, gdzie siedział i wydawał nacjonalistyczne gazetki. Mimo że komuniści byli przy władzy, Jugosławia nawet miała się dobrze, dopóki towarzysz Tito (który był Chorwatem) nie odszedł z tego świata. Potem bałkańska dzicz dostała wolną rękę i zachciało się jej mordować. Chorwaci wyszli z całej tej rozpierduchy całkiem dobrze. Chorwacki rząd znów postanowił skupić się na turystyce, dzisiaj widzimy tego efekty. Obecnie chorwackie wybrzeże jest kolonizowane przez turystów z Czech, domagających się utworzenia Republiki Czeskiej Riwiery jak i również przez januszy, których nie stać na wakacje nad morzem w Polsce.\n\nSport\nPrzede wszystkim przekupili norweskich sędziów i dlatego wygrali w ręczną w półfinale Mistrzostw Europy w piłce ręcznej 30 stycznia 2010. Mają mocną reprezentację, gdzie grają m.in. Mario Mandžukić, Marko Pjaca, Nikica Jelavić, Luka Modrić No tego chyba znasz, co nie? W Realu gra, Mateo Kovacić i Alen Halilović, a niegdyś Eduardo Da Silva i Darijo Srna. Nie znasz? Twój problem.\n\nWarto wymienić najlepszą drużynę chorwacką w piłce nożnej, która zaliczyła świetny występ podczas Euro 2008:\nHvytač – bramkarz;\nŽabrač i Obrnič – obrońcy środkowa;\nOdebrač i Pzehytryč – obrona lewa i prawa;\nOdegrač – defensywny pomocnik\nPodač – ofensywny pomocnik\nŠtzelič – pomocnik lewy\nĐograč – pomocnik prawy\nTrafič i Đobič – napastnicy\n\nGeografia\nLeży w Europie południowej, po rozpadzie Jugosławii samolubnie zgarnęła praktycznie całe unikalne geograficznie wybrzeże dalmatyńskie, a o wiele większej Bośni zostawili kilkanaście kilometrów. Żeby było śmieszniej, jadąc do Dubrownika trzeba przejechać przez wybrzeże Bośni albo płynąć promem. Ma góry, morze, wyspy; nie znalazł się jeszcze taki kozak, który by je wszystkie zliczył. Posiada nietknięte i nieprzebyte górskie szlaki w krainie o jakże oryginalnej nazwie Krajina; są one nietknięte głównie ze względu na miny strzegące przyrodę przed wszędobylskimi czeskimi turystami. Obecny zarys granic Chorwacja przyjęła wraz z uzyskaniem niepodległości w 1991 roku, głównie na bazie popularności gry Pacman. Kształt przypominający otwartą paszczę ma przypominać, że Bośnia i Hercegowina z czasem zostaną połknięte przez północno-zachodniego sąsiada. Kształt ten sprawia jednak, że geograficzny środek Chorwacji znajduje się w Bośni.\n\nGospodarka\nChorwacja opiera swoją gospodarkę na turystyce – wielu ludzi przyjeżdża na tutejsze plaże (głównie Polacy dla których Dubrownik jest tańszy od Helu), odwiedza Zagrzeb oraz obozy wypoczynkowe w Jasenovac. Turyści mogą także kupować zestawy surwiwalowe przy granicy z Bośnią i Hercegowiną oraz Serbią. Przemysł skupia się na produkcji wykrywaczy min i nożycach do niszczenia zasieków.\n\nBośnia i Hercegowina język chorwacki\nSerbia\nSłowenia\nZadar\n\nKategoria:Jugosławia\n\nen:Croatia bg:Хърватска bs:Hrvatska cs:Chorvatsko da:Kroatien de:Kroatien es:Batracia fi:Kroatia fr:Croatie hr:Hrvatska it:Croazia ja:クロアチア no:Kroatia pt:Croácia sl:Hrvaška sr:Hrvatska sv:Kroatien uk:Хорватія", "token_count": 1656} -{"added": "2026-09-28", "author": "nonsensopedia contributors", "created": "2025-09-06", "id": "nonsa_39554", "license": "CC-BY-SA-3.0", "source": "nonsa", "text": "Plik:Bj.png thumb|240px thumb|240px|Narzędzie Amerykanów do przenoszenia bomb atomowych wprowadzania demokracji thumb|240px|Ruskie narzędzie do tego samego wprowadzania komuny\n\nBomba atomowa – jak sama nazwa wskazuje, bomba zbudowana z atomów stosowana do celów dyplomatycznych. Wygląda jak głowica rakiety ziemia-powietrze-ziemia, zakładając, że dołączy się ją do wyrzutni V2. Może również wyglądać jak bomba służąca do zrzucania z samolotu, zakładając, że umieści się ją w samolocie, ale najczęściej występuje w postaci elektrycznego zegarka.\n\nHistoria thumb|240px|Przynajmniej jest efektownie\nAdolf Hitler, razem ze swoimi kumplami swoją Rzeszą, jako pierwszy próbował stworzyć ten „G.E.C.K. kreator cudownego świata”, jednak Amerykanie uprzedzili ich, wykradając im wszelkie plany dotyczące bomby atomowej. Bomba atomowa po raz pierwszy została użyta przez amerykańskich naukowców w celach testowych i naukowych w USA w czasie II wojny światowej, na terenie obecnej Japonii (ówczesnej też), a konkretnie – w Hiroszimie i Nagasaki.\n\nBomby można spuszczać na dwa sposoby. Pierwszy – samolotem, a drugi – rakietą V2. Amerykanie zrzucając swoją pierwszą bombę, nie potrafili skonstruować takich rakiet (nie utrzymywali stosunków z Adolfem), więc byli zmuszeni do zrzucenia jej z samolotu.\n\nPo wojnie wielki brat ze Wschodu, w myśl ówcześnie panującej mody, również zapragnął posiadać bombę atomową (w jak największej ilości). Chciał, aby Ludzie „Chonoru” było przodownikiem w tej dziedzinie nauki. Niestety (czy może – stety) godziło to w interesy USA, które od zawsze uważały się za lepsze od Rosji, skutkiem czego oba kraje zaczęły powiększać swoje zapasy atomówek.\n\nJak dotąd, w celach wojennych dyplomatycznych naukowych wykorzystano zaledwie 2 bomby atomowe.\n\nZalety thumb|240px|Solidarność! Solidarność!\nBomba atomowa jest pierwszym narzędziem skutecznie zapewniającym zagładę ludzkości pokój;\nPo wybuchu bomby atomowej licznie rosną grzybki;\nBomba daje dużo ciepła;\nI hałasu – skutecznie zagłuszy imprezę u sąsiada;\nOszczędza się na paliwie do czołgów;\nPaństwo oszczędza na elektryczności w rejonie wybuchu – nie będzie miało do kogo ani do czego jej dostarczać;\nZiemia na tym obszarze jest świecąca (na zielono), więc nie trzeba w nocy palić latarni;\nElektrownie wiatrowe, pod wpływem fali uderzeniowej wyprodukują więcej prądu;\nJej użycie podnosi twoje kwalifikacje dotyczące szybkiego rozwiązywania kłopotów politycznych;\nGdy owce się napromieniują, świecą i nie trzeba mieć latarni, żeby je nocą na pastwiska (też świecące) prowadzić;\nZbiory plonów po jej wybuchu są większe (zwłaszcza pomidorów);\nPrzyjazny dla środowiska opad radioaktywny;\nPo wybuchu bomby rodzą się świnie z 5 kończynami, dzięki czemu ludzie mają więcej mięsa;\nTwoja wredna teściowa rozpłynie się w powietrzu, zostawiając ciemny ślad na ścianie;\nPozwala zobaczyć ludziom „tamten świat”;\nW rejonie, w którym została użyta, znika problem bezrobocia;\nW sumie, to wszystko znika;\nDaje pomysły na nowe gry komputerowe;\nZapewnia błyskawiczną opaleniznę (nie tylko skóry, ale i organów wewnętrznych);\nGdy wybucha słychać Wormsong 1999;\nZapobiega przeludnieniu Ziemi;\nZabija szkodniki;\nNiesie przekaz;\nI wiele więcej...\n\nWady\nNa terenach poatomowych nie można przez pewien czas uprawiać pomidorów;\nI ziemniaków też;\nOgórków również;\nA te, co wyrosną, smakują dziwnie;\nAle za to rosną króliki;\nGdzieś znikają ludzie, ale nikt nie wie gdzie;\nNie można imprezować;\nGrzybki atomowe nie są jadalne. Szkoda...;\nONZ pisze list, w którym wyraża głębokie zaniepokojenie;\nNa chwilę robi się ciemno;\nAle później już wszystko świeci...\n\nSpecjalne właściwości demokratogenne\nPoczątkowo, gdy amerykańscy naukowcy pracowali nad bombą, prace posuwały się dość powoli z powodu ograniczonego budżetu.\nW trakcie badań jeden z naukowców odkrył jednak, że bomba atomowa, poza wymienionymi wcześniej zaletami i wadami, posiada jeszcze jedną specjalną właściwość: emitowane przez nią promieniowanie demokratogenne miało wywoływać w mózgach ludności zamieszkującej tereny objęte działaniem promieniowania trwałe zmiany, prowadzące do chęci wprowadzenia demokracji.\n\nKongres USA przegłosował wówczas zwiększenie funduszy przeznaczonych na badania. Już od jakiegoś czasu twierdzono, że Japonia poddałaby się w cholerę wcześniej, gdyby tylko zamiast cesarza rządził tam lud. Nikt nie kwestionował pomysłu doprowadzenia państw osi do kapitulacji poprzez wprowadzenie w nich demokracji – część senatorów sugerowała jednak, że nie wiadomo w ogóle, jak wysoka jest skuteczność teoretycznej jeszcze wówczas broni atomowej i dlatego ograniczone fundusze lepiej przeznaczać na produkcję tradycyjnych form wprowadzania demokracji.\n\nPo zwiększeniu funduszy prace ruszyły pełną parą, jednak naukowcom nie udało się zdążyć. 8 maja 1945 roku Niemcy podpisały kapitulację. Na szczęście Japonia wciąż walczyła, więc można było dowieść skuteczności broni nuklearnej empirycznie. Testy zakończyły się pełnym sukcesem, przechodząc najśmielsze oczekiwania – zaledwie dwie (!) bomby wystarczyły, by wprowadzić w Japonii najlepszy ustrój na świecie.\n\nPo tych wydarzeniach Stalin postanowił zagonić swoich naukowców do wprowadzenia do arsenału podobnej broni, która jednak zamiast demokracji wprowadzałaby komunizm. Według radzieckiej propagandy prace nad bronią zakończyły się sukcesem – władze ZSRR wielokrotnie używały jej na swoim terytorium podczas testów nuklearnych, aby podtrzymać ciężki do utrzymania ustrój polityczny.\n\nUdział promieniowania w upadku komunizmu\nRadzieccy naukowcy zapomnieli jednak o jednym – nie wprowadzili stosownych modyfikacji w zbudowanych przez siebie elektrowniach nuklearnych. Gdy w 1986 doszło do incydentu w Czarnobylu, wyciek doprowadził do rozpylenia promieniowania demokratogennego na terenie ZSRR i Polski. Trzy lata później w Polsce Lech Wałęsa wraz z Solidarnością obalił komunę. Tak długi czas oczekiwania zapewne spowodowany był tym, że nie doszło w Czarnobylu do prawdziwej eksplozji, a jedynie do wycieku oraz faktem, że nie wydarzyło się to na terenie samej Polski. 5 lat później rozwiązano same ZSRR, wprowadzając w nim demokrację. Dlaczego trzeba było czekać dwa lata dłużej, choć ZSRR było narażone na większą dawkę promieniowania, da się wyjaśnić w prosty sposób. Po pierwsze, ZSRR zajmowało o wiele większą powierzchnię od Polski, a ponadto wysokie stężenie etanolu we krwi obywateli Związku Radzieckiego podnosiło ich naturalna odporność na promieniowanie.\n\nAutomatycznie nasuwa się pytanie: dlaczego Amerykanie nie użyli swojego arsenału nuklearnego do wprowadzenia demokracji w ZSRR? Odpowiedź jest prosta. Kongres już wtedy zauważył, że gdyby w Chinach zamiast komunizmu panował kapitalizm, Chiny szybko zagroziłyby pozycji USA na światowym rynku. USA nie miało interesów w tym, by obalić komunizm jak najprędzej – woleli móc jeszcze przez jakiś czas cieszyć się rynkiem niezalewanym przez chińskie podróby.\n\nZobacz też dzielenie przez zero grzyb atomowy\n\nKategoria:Amunicja\nKategoria:Broń atomowa\n\nen:Atomic bomb el:Ατομική βόμβα eo:Atombombo es:Bomba nuclear fi:Atomipommi he:פצצת אטום it:Bomba nucleare ja:核兵器 ko:핵무기 nl:Hoe: maak je je eigen atoombom?\nno:Atomvåpen pt:Bomba atômica ru:Ядрёное оружие zh-tw:核彈", "token_count": 2698} -{"added": "2026-09-28", "author": "nonsensopedia contributors", "created": "2019-03-10", "id": "nonsa_217211", "license": "CC-BY-SA-3.0", "source": "nonsa", "text": "Uważam, że na nonsensopedii jest stanowczo za dużo wulgaryzmów i powinniśmy dążyć do ich wyeliminowania jedynie do przypadków, gdy ich użycie jest uzasadnione, a więc - treść hasła bezpośrednio odnosi się do do jego treści tak jak na przykład tu, czy tu. Tak więc wulgaryzm jest śmieszny wtedy, kiedy opisuje się go w sposób kulturalny, a przynajmniej kiedy treść artykułu wskazuje, że taki jest jego cel.\n\nW innych przypadkach, treści wulgarne, gdzie mogłyby z powodzeniem zastąpione przez niewulgarne słownictwo powinny być eliminowane.\nJohnAvery (dyskusja) 15:23, sie 17, 2013 (UTC)\nEeee, a nie jest tak w rzeczywistości? Daj linka, bo jakoś nie wierzę, że są u nas wulgaryzmy dla wulgaryzmów i to bez któregoś z szablonów . 17:36, sie 17, 2013 (CEST) nope 15:38, sie 17, 2013 (UTC)\nTu większość albo nawet wszystkie arty mają zacytowaną kurwę. Pytam czy jest gdzieś nieuzasadnione użycie. 17:43, sie 17, 2013 (CEST)\nMi tam bardziej przeszkadzają szablony cenzury – chodzi mi tu o ich wielkość. Przykład: chu♥owe – chuowe\nSzablon za bardzo rozbija dany wyraz i w moim mniemaniu utrudnia czytanie tekstu, a pisanie jednej sylaby i wstawianie szablonu jak dla mnie mija się z celem – już wtedy lepiej w ogóle pominąć takie słowo. 16:31, sie 17, 2013 (UTC)\nDlatego mamy krótkie ... 18:42, sie 17, 2013 (CEST)\nWciąż ♥, ☻ czy * to jeden znak – o wiele krótszy, bardziej pospolity i też dający wiele możliwości. Sam się zastanawiam, czy nie wstawić czegoś takiego dla testu w paru przyszłych artykułach. 40px|link=Użytkownik:Pangiatam są drzwi ↗ 16:55, sie 17, 2013 (UTC)\nNie. Dziękuję i polecam się na przyszłość. 18:59, sie 17, 2013 (CEST)", "token_count": 652} -{"added": "2026-09-28", "author": "nonsensopedia contributors", "created": "2021-06-14", "id": "nonsa_245358", "license": "CC-BY-SA-3.0", "source": "nonsa", "text": "Dioksyny – jeden z dwóch głównych (obok polonu) chemicznych sposobów prowadzenia polityki zagranicznej Rosji.\n\nDioksyny to silnie trujące związki chemiczne, które powstają na skutek wielu powszechnych reakcji, np. spalania związków organicznych (nawet drewna), reakcji Kremla na modę na pomarańcze na Ukrainie. Skuteczność chemiczno-polityczna dioksyn okazała się mniejsza niż przypuszczano. Mimo spożycia w ilości, która 50 tysięcy razy przekroczyła dopuszczalną normę, były prezydent Ukrainy, Wiktor Juszczenko przeżył. Jedna z hipotez mówi, że antidotum na dioksyny stanowią pomarańcze.\n\nZobacz też arszenik cyjanek potasu\nWiktor Juszczenko\n\nKategoria:Związki chemiczne‎\nKategoria:Trucizny", "token_count": 266} -{"added": "2026-09-28", "author": "nonsensopedia contributors", "created": "2009-01-13", "id": "nonsa_107974", "license": "CC-BY-SA-3.0", "source": "nonsa", "text": "jest plagiatem mojego podpisu, jest to dozwolone? Nawet linki nie są podmienione... 15:03, 10 sty 2009 (UTC)\nDozwolone. Ponieważ, albowiem, bo tu jest GFDL. Ale i tak do subiektywny plagiat. Amoniak 15:06, 10 sty 2009 (UTC)\nGeneralnie nowi użytkownicy korzystają z dorobku doświadczonych :> 17:54, 10 sty 2009 (UTC)\nMisiek, na ten przykład, zerżnął szablon podpisu ode mnie. Był nowy. Teraz jest doświadczony i ma swój. Ja z kolei ukradłem wieżę z suwakiem od Pippo. I choć jestem tu już długo, to jej nie zmieniłem. 23:25, 10 sty 2009 (UTC)\nPodmieniłem linki, zobaczymy czy mu się spodoba, jeśli nie to trudno.Exe19 19:57, 10 sty 2009 (UTC)\nLudziom się w podpisach raczej nie grzebie :> Chyba, że kategoryzujesz albo podpis rozwala listy. 08:38, 11 sty 2009 (UTC)\nDotychczas z tego powodu wpłynęło do mnie 0.00 zażaleń i zmiana nie została cofnięta, więc sądzę, że nie ma nic przeciwko temu. Exe19 13:28, 11 sty 2009 (UTC)\nTak więc.. sprawa rozwiązana! Exe19 17:31, 13 sty 2009 (UTC)\nMoże, ale podpis jest wciąż plagiatem ;p 18:00, 13 sty 2009 (UTC)\nChodziło mi o to czy mu się podoba, czy nie, a te sprawy załatw w jego dyskusji.Exe19 19:37, 13 sty 2009 (UTC)", "token_count": 486} -{"added": "2026-09-28", "author": "nonsensopedia contributors", "created": "2020-04-30", "id": "nonsa_128524", "license": "CC-BY-SA-3.0", "source": "nonsa", "text": "center\n\nŻałoba... zasadniczo\n\nBlisko trzy lata minęły od wielkiej wojny, w której poległo szereg wikipedyjnych biurokratów oraz sam Jimbo Wales. Jego imperium zostało przez Wikię okrojone, a Nonsensopedia ogłosiła wasalizację pozostałych ziem. Marionetkowy rząd sprawował odtąd władzę nad Wikipedią. Ten czas wspomina się jako dość radosny. Wikianie rozwijali się, edytowali i cieszyli wolnością jakiej nie mieli od dawna.\n\nPoległo mnóstwo wojowników Wandali, Dzieci Neostradara, fanatyków Frondy, a także takie sławy jak Niewalda, Telefon i Pietras. Wciąż zagrożenie płynęło od tych naturalnych przeciwników Nonsensopedii, szczególnie gdy ocalał ZelDelet. Jednak rozbici nie będą stanowili problemu przez najbliższe lata.\n\nA jednak złote lata minęły...\n\nBył ponury, pochmurny dzień. Deszcz lał z nieba, jakby zapowiadając nadchodzący potop. Na ogromnym placu przed pałacem Nonsensopedii zebrali się wszyscy Nonsensopedyści oraz emisariusze z innych Wikii. Oto jechała czarna karoca, w której leżała trumna. Powóz zatrzymał się przed fontanną przedstawiającą ogromnego ziemniaka. Czworo grabarzy wyciągnęło trumnę i zaczęli kierować się w stronę grobowca. Był duży, prosty, jedynie z tabliczką mówiącą – Tu spoczywa Szoferka – Wielka Mistrzyni Nonsensopedii, Opiekunka Wikii, bla bla bla.\n\nPrzed trumną szedł Vae – jako mistrz ceremonii miał odpowiadać za przemowę. Trumna niesiona przez grabarzy kołysała się, a z wnętrza dochodził stłumiony głos;\n– Ja jeszcze żyję! Kurwa! Niech dorwę tego, który mi to zrobił!\nW końcu trumnę włożono do grobowca i zasunięto pokrywę. Vae stanął na podeście przed grobem, odkaszlnął, po czym mówił;\n– Zebraliśmy się tu ze smutnego powodu. Żegnamy naszą ukochaną Szoferkę... a dla niektórych znienawidzoną... w każdym razie to mocne uczucie, dlatego warte wspomnienia. Zrobiła dużo, zniszczyła jeszcze więcej. Lecz będzie żyć w naszych sercach lub jako wrzody na żołądku. A teraz, coś co na pewno by ją rozśmieszyło, gdyby żyła.\nSzesnastu Wikian przyprowadziło na plac szesnaścioro Wandali, którzy zostali natychmiast ścięci mieczami. Ich bezgłowe ciała padły w konwulsjach na bruk. Z tłumu wyrwało się parę śmiechów.\n– Miałem przygotowane przemówienie – ciągnął Vae – ale Szoferka byłaby szczęśliwa gdybym powiedział; chuj, kurwa, pierdolę. Dziękuję za uwagę.\nSkończył przemowę. Pod grobowiec zaczęli schodzić się ludzie z kwiatami. Wtem eksplodował wyrzucając kawałki marmuru w zebranych i odrzucając stojących najbliżej. Gdy opadł kurz w miejscu grobu mieścił się krater, a w środku stała Szoferka. Była wściekła. Żałobna suknia zwisała częściowo rozdarta, a wargi zagryzła ze złości aż do krwi. Wydostała się z dołu, po czym wskazała palcem Miśka95.\n– To... ty... dosypałeś mi środków usypiających do napoju! – warknęła. – Zaraz cię zabiję...\nPo czym zbliżała się do młodzieńca z dłońmi wyciągniętymi jak do duszenia. Misiek na słowa oskarżenia wzruszył ramionami, lecz na jego ustach wciąż kwitł lekki uśmieszek. Między nimi stanął Sir Damiinho Alourus de Pertzivall.\n– Po co te niesnaski? – mówił tym samym spokojnym tonem. – Porzućcie złe em...\n– Nie! – przerwała mu Szoferka. – Chcę krwi.\n– Nie mogę pozwolić, byś zabijała naszych podopiecznych – rzekł Dami. – Pamiętaj, że ma przedszkole do wychowania.\nZatrzymała się, choć wściekły wyraz twarzy wciąż się utrzymywał. Niektórzy zauważyli, że opady deszczu jeszcze bardziej się wzmogły.\n– Dobrze... dobrze... – wysyczała. – Mam już tego dość. Znikam stąd i nie liczcie, że pojawię się ponownie.\nMówiąc to, przybrała postać ogromnego, pierzastego, skrzydlatego węża i odleciała.\n\nStosy płonęły na dziedzińcu. Ogień buchał w górę, oczyszczając ofiary z poglądów politycznych. I nie tylko. Cerber stał spokojnie z halabardą w ręce i obserwował. Nie czuł satysfakcji z pozbycia się wrogów, lecz jedynie ciekawość. Żaden nie wyraził skruchy, a wówczas mógłby zostać ułaskawiony. No cóż... trzeba brać odpowiedzialność za wybory.\n– Mistrzu, mistrzu – podbiegł do niego pomocnik Bodo. – Spłonęli już wszyscy lewacy.\n– Nie wszyscy, Bodo, nie wszyscy – powiedział inkwizytor – gdyż wielu myśli, że nie jest lewakami, a w rzeczywistości nosi lewicowe poglądy w sercu. Złapcie podejrzanych i... wytnijcie im serca.\n– Czy to aby nie za okrutne?\n– Drogi Bodo, radykalne zmiany wymagają równie radykalnych posunięć. To nasz kawałek ziemi i nie możemy pozwalać, by lewactwo tu się panoszyło.\nJeszcze trzy lata temu był skromnym szamanem. Dziś potężnym inkwizytorem, który należał do wpół tajnej organizacji Koh–Liberr. Na fragmencie byłego imperium Wikipedii (dawniej Bawaria) utworzył monarchię, którą rządził jego znajomy – król Korwin I. Zawsze radykalny, Cerber wiecznie chadzał w koszulce z napisem „Płynie we mnie niebieska krew” albo „Moje serce bije po prawej stronie”, chwalił wolny rynek i nagrywał utwory ateistyczne.\n\nKiedy wracał spokojnie do domu, zauważył chmarę ptaków lecących w przeciwnym kierunku. Zdjął kapelusz i z niepokojem spojrzał w przeciwnym kierunku. Puste ulice oraz ta panika zwierząt realnie go zaskoczyły. Szybko dosłyszał tętent kopyt. W jego kierunku jechał szaleńczo dyliżans kiwając się na boki. Powoził Bodo. Powóz zatrzymał się w pobliżu Cerbera. Ktoś wewnątrz otworzył drzwiczki. Inkwizytor dojrzał swojego przełożonego.\n– Wasza Królewska Mość wybrała się na spacer? – zapytał jowialnie Cerber lekko się kłaniając.\n– Przestań pieprzyć i wchodź, bo zaraz będzie gorąco! – krzyknął Korwin I.\nNie trzeba było dwa razy powtarzać. Inkwizytor siadł w środku i powóz ruszył.\n– A teraz wyjrzyj przez okno – szepnął Korwin.\nCerber spojrzał na południe, czyli w stronę z której nadjeżdżali. Nad miastem górowała wielka, cienista istota, która powoli leciała w ich kierunku. Przypominała trochę walenia z rozpostartymi płetwami.\n– No tak – powiedział Cerber wkładając głowę do powozu – to jest pewien problem.\nPo piętnastu minutach zdawało się, że zostawili istotę za sobą. Jednak pojazd zatrzymał się. Król Korwin I rozejrzał się nerwowo, po czym krzyknął w stronę Bodo;\n– No... no... co jest?!\n– Królu... ktoś... blokuje nam drogę – powiedział nieśmiało Bodo przez okienko na przodzie.\nCerber wyszedł z powozu, aby sprawdzić kim jest ta osoba. Gdy ją ujrzał, natychmiast krzyknął i złapał za halabardę. Stał przed nimi Feliks Dzierżyński. Lecz komunista rzekł;\n– Spokojnie, to tylko ja.\nZdjął okulary, sztuczny zarost i czapeczkę z czerwoną gwiazdą. Oczom Cerbera ukazał się Terrapodian.\n– Przebrałem się za komunistę, żeby mieć pewność, że się zatrzymacie – powiedział, a następnie zapytał; – Mogę zabrać się z wami?\nKiedy usadowił się w powozie, usłyszał o mistycznej kreaturze.\n– Wiem co to. Byłem kiedyś kryptozoologiem – rzekł. – To nie jedyny przypadek Cienistych Podniebnych Płetwali. Wszystkie zbierają się w Finlandii, gdzie odbędą rytuały godowe.\n– Hmm, czyli część Finlandii będzie zrujnowana – stwierdził Korwin.\nKolory pociemniały, a oczy Terrapodiana zaczęły świecić dziwnym blaskiem. Nachylił się do nich i powiedział;\n– Właściwie... cały świat będzie zrujnowany.\nAle wybuchnął śmiechem, po czym dodał.\n– Blefowałem, zupełnie nie wiem co to jest!\n– Normalnie zostałbyś za to ścięty... – mruknął Korwin I.\nPowóz jechał w kierunku siedziby głównej Nonsensopedii – gdzieś w Polsce.\n\nMisiek stał w nonsensopedyjnym pałacu i spoglądał przez okno na ogród pogrążony w ciemnościach. Nonsensopedysta miał na sobie tradycyjny płaszcz z kapturem, który został powszechnie wprowadzony po burzliwych debatach w Radzie Nonsensopedii jako strój obowiązujący w świętych salach tej Wikii. Od razu zyskał miano największej zmory, ale skoro chce się budować tradycję...\n– Dobrze, że już jesteś – rozległ się głos sir Damiinho, który schodził po schodach w kierunku Miśka.\n– Witaj mistrzu – ukłonił się lekko.\nPo odejściu Szoferki Damiinho był tutaj szefem. Wraz z hrabią Arturem Von Fornal, ale on siedział przy jakichś maszynkach i mechanicznych pingwinach.\n– Uczniu, mam tutaj wiadomość, której poszukiwałeś.\nMówiąc to, podał Miśkowi kawałek zapisanego papieru.\n– Chciałbym obserwować, jak rzygacie krwią – przeczytał.\nDamiinho wyciągnął mu kartkę z rąk.\n– Wybacz, musiałem pomylić twoją wiadomość z jednym z setek rozsyłanych „papierowych SMSów” wśród Nonsensopedystów – rzekł. – Ale zdradź mi swoje wątpliwości, a być może ci pomogę.\nZaczęli iść powoli korytarzem.\n– Myślę wciąż nad zadaniem, które otrzymałem – mówił. – Staram się jak mogę, ale...\n– Miśku – Wielki Mistrz złapał go za ramię i mówił wprost w jego twarz. – Pokładamy w tobie wielką nadzieję i wierzymy, że nas nie zawiedziesz. Hej, Wilku! – krzyknął do przechodzącego Nonsensopedysty. – Jak tam nasza hodowla biesów.\n– Jak widać, dobrze – odrzekł z uśmiechem ukazując nogi, w których brakowało kawałków mięsa.\n– Widzisz Misiu – zwrócił się znów w stronę ucznia. – Jak się chce to wszystko można osiągnąć. A teraz muszę się pospieszyć, bo za chwile mamy zebranie Rady.\nMisiek obserwował jak Sir Damiinho pokazuje język na pożegnanie i odchodzi w kierunku serca pałacu. Zacisnął pięści. Zobaczysz, jak wiele masz racji – pomyślał złowrogo. Wybiegł z siedziby, ściągnął szaty, które wepchnął do torby. Na parkingu stał jego jednośladowy ścigacz. Uruchomił pojazd i zaśmiał się spontanicznie. Po dziesięciu minutach dojechał do starego, gotyckiego domostwa na wzgórzu. Otoczony zardzewiałym ogrodzeniem, z ogrodem na którym rósł jedynie specjalny gatunek zwiędłych róż. W środku, w sali nazywanej sympatycznie „bawialnią”, siedziała grupka jedenastu osób.\n– Czołem przedszkole! – krzyknął.\n– Czołem Misiek – odpowiedziało zgodnie, lecz markotnie jego przedszkole.\n– Czy Nini już była?\nPokiwali przecząco głową. Mieli trochę za złe Miśkowi, że traktuje ich jak dzieci. Ktoś na górze rzucił hasło – „Przedszkole Miśka” i tak zostało. A mieli być elitarną grupą agenturalną. Razem stanowili dość mocną drużynę. Był tam generał Tespis, judemanta (czyli czarodziej obeznany w magii żydowskiej) Jeremy Kowalsky, skrajny mizantrop i łowca nagród Exe19, wampirzyca Holly Blue, pirotechnik Musialmati, botanik Porost, skrytobójca Kracok, czarnoksiężnik Somar, niedoszły astronauta Level123, berserker Milya0 oraz szalony epidemiolog i zapalony militarysta Marian88. Jak to możliwe, że jeszcze się nie pozabijali? Misiek wciąż zadawał sobie to pytanie.\n– Nie chciałbym uchodzić za kapusia, czy coś w tym stylu – powiedział Level – ale Tespis właśnie zjadł naszą kolację.\nTespis przegryzł palące się cygaro.\n– Ten gnojek kłamie! – krzyknął.\n– Tespis, co mówiłem o paleniu w pomieszczeniu zamkniętym? – zapytał Misiek.\n– A Holly spaliła dzisiaj na stosie dwie osoby, jeśli mówimy o paleniu – dodał Level.\nHolly zrobiła wielkie oczy, typ czwarty; mały szczeniaczek labradora. Misiek odwrócił wzrok, żeby nie dać się omamić.\n– No i co ja z wami uczynię... – szepnął, a następnie coś sobie przypomniał i wykrzyknął. – Posłuchajcie, już wiem w jaki sposób zmienić naszą przyszłość! Chodźcie tutaj...\nRozległ się dzwonek do drzwi. Jeremy otworzył, bo był najbliżej. U progu stała Nini ze stosem książek o skomplikowanych tytułach. Weszła i rzuciła swój płaszcz na wieszak.\n– Czy moje dzieciaczki gotowe na naukę?! – krzyknęła radośnie, lecz z wyraźnie wyczuwalną nutą grozy.\nOdpowiedział jej pomruk.\n– PYTAŁAM SIĘ!!! – wrzasnęła.\n– Zostawię was samych – szepnął Misiek i wymknął bocznym wyjściem.\nPrzeszli do pokoju nauk, gdzie rozłożone były ławki, ściany pokrywały tablice o różnej tematyce, a w lewym rogu stał wiecznie płonący piec hutniczy. To pomysł Nini, by w toku nauczania oprócz marchewki (której praktycznie nie dostawali) znalazło się miejsce na kij. Tym kijem był rozpalony do czerwoności pręt i grube rękawice. Nini jeszcze pręta nie używała, ale parę razy złapała z wściekłością wymalowaną na twarzy. Grymas gniewu to dla nich dostateczna kara.\n– Dzisiaj zajmiemy się matematyką nieeuklidesową – zaczęła rysując na tablicy skomplikowane wzory.\nWzięła do ręki cyrkiel, odwróciła się i raptownie rzuciła nim w Kracoka. Jego dłoń, która wędrowała do kucyków Holly została przygwożdżona do ławki z plaśnięciem.\n– Czy wspominałam coś o zaczepianiu? – spytała wciąż naukowym tonem. – Proszę Kracok o odpowiedź.\n– T–t–tak... – szepnął zbladły.\n– I co trzeba powiedzieć...?\n– Prze–przepraszam, pani profesor... i–i–i... ciebie Holly Blue.\nNini uśmiechnęła się lekko.\n– Mam nadzieję, że zrozumiałeś tą lekcję.\n– Dobra, dosyć tego – rozległ się w sali głos Miśka.\nZapanowała głucha cisza. Stał w drzwiach z obrzynem wymierzonym w Nini.\n– Tego się, kurwa, nie spodziewałam – stwierdziła spokojnie nauczycielka.\n– A pani profesor mówiła, że nie wolno przeklinać! – powiedział z wyrzutem Level.\n– Kochanie, nie w przypadku, gdy ktoś mierzy w ciebie z broni, która robi w ciele dziury wielkości arbuza – stwierdziła, a po chwili dodała radośnie; – Może chcecie zobaczyć zdjęcia tych ofiar? Jeśli Misiek pozwoli mi włączyć rzutnik...\n– Ja chcę! Ja chcę! – krzyczał Exe19 podskakując na ławce.\n– Nie! – warknął Misiek. – Nie będzie żadnych zdjęć. A ty Nini, jesteś naszą zakładniczką. Tak, przyjaciele, teraz czas na nas.\n\n– Oficjalnie uznajemy, że poprawka poprawki dotyczącej nowelizacji traktatu o karze za wandalizm drugiego stopnia przeszła jednym głosem – czytał Artur Von Fornal.\nW starej, obszernej kanciapie, która służyła za miejsce obrad, rozległo się ponad połowę odgłosów uff i o jeden mniej A niech to!. Wracając do pomieszczenia – było ono najbrzydsze w całym zamku i wyjątkowo kłóciło się z resztą pod względem architektury. To specjalny wymysł jeszcze z czasów Yossariana, który przy budowie pałacu chciał stworzyć jeden bardzo nonsensowny. Z tego powodu zapraszał tam okolicznych meneli, wpuszczał wandali i trzymał niepotrzebne graty. Teraz salę obrad charakteryzowała niesamowita atmosfera, oraz dziwny zapach przypominający stęchliznę.\n– Teraz przejdziemy do sprawy przedstawionej przez Cerbera, o zagrożeniu świata przez dziwną istotę przypominającą cienistego walenia – rzekł spokojnie hrabia Fornal. – Ktoś chce zacząć?\nZgłosił się Amoniak, który zszedł powoli z podwyższonych rzędów przeznaczonych dla administratorów i stanął przy mównicy. Dolne siedzenia zajmowali byli admini wciąż posiadający prawo do głosowania, oraz reszta zaufanych Nonsensopedystów, którym udało się akurat zmieścić w tej kanciapie.\n– Prowadziliśmy badania etnologiczne i nie znaleźliśmy żadnych wzmianek o tych istotach – mówił Amoniak machając plikiem papierów. – Nie ma wątpliwości, że ta istota zagina przestrzeń i wymiary. Istotnie może to stanowić pewien problem. Nie ma jednak powodów do zbędnej paniki. Powstają pewne przesłanki do stwierdzenia...\nPodczas mowy Amoniaka, do Damiinho nachylił się Vae.\n– Martwię się o Nini – szepnął. – Zawsze informowała, gdyby nie mogła się zjawić na zebraniu Rady.\nDobry Wujek Nonsy zamyślił się.\n\nPtok's Very Own Kingdom – w skrócie Państwo Pvok – mieściło się na terenie Besarabii. Nie wiadomo jak Ptok Bentoniczny zaskarbił sobie na powrót zaufanie Rady. Podobno wstawił się za nim sam Sir Damiinho. Nie zmieniło to jego zachowania oraz władczych ambicji. Co więcej zyskiwał powoli dziwnych, a także podejrzanych sojuszników. Jako despotyczny monarcha rządził swymi poddanymi żelazną ręką po tym, jak obalił władzę Vladimira Voronina, wsadzając go do klatki wypełnionej pijawkami. W dniu, w którym Misiek planował przewrót, Ptok siedział w swoim letnim zamczysku w Transylwanii. Konkretnie była to obszerna sala w piwnicach, gdzie eksperymentował z energią elektryczną i plazmą.\n– Igorze, czy wszystko gotowe? – rzucił w kierunku swojego pomocnika.\nGarbaty sługus rodem z filmów o Frankensteinie pokuśtykał w kierunku Bentonicznego.\n– Panie, nieoznakowany tłum ciągnie w naszą stronę – wymamrotał. – Mają chyba złe zamiary, bo noszą takie widły i pochodnie...\nPtok zaśmiał się demonicznie.\n– A więc czas na przetestowanie naszej broni!\nZmienił się w ptaka i wyleciał prędko na dach. Stanął na wieży. Panowała już ciemność, a ciężkie, burzowe chmury zdawały się być na wyciągnięcie ręki. Spojrzał w dół, gdzie istotnie zbliżali się chłopi z wyraźnym zamiarem linczu. Wówczas bramy zamku otworzyły się. Wypadły stamtąd zombie, ale nie takie zwykłe – wyglądały jak rosłe murzyny, z irokezem na głowie oraz kilogramami złota na sobie. Mr. Zombie T. Ptok sam chciał wyglądać jak Mr. T, ale okazało się, że zabieg chirurgiczny byłby droższy niż jego królestwo, dlatego został przy tych martwych klonach. Obserwując jak zombie masakrują lud, Ptok śmiał się okrutnie.\n– I pity the fool! – krzyknął jeszcze w ich stronę.\nWokół strzelały pioruny. Zachowanie Bentonicznego gwałciło zasady BHP.\n\nZelDelet siedział zmarnowany przy stole w podrzędnej knajpce, która nazywała się „Pod uciętym łbem admina Nonsensopedii”. Jednym okiem wpatrywał się na występ jakiegoś podlotka na scenie, drugim obserwował niedawno spisane plany.\n– ...i wtedy admini uciekli z kupami w wiadrze! – zakończył swój występ Konserwa.\nTak się bowiem zwał podlotek na scenie. Piętnaście minut później znaleziono go z wyprutymi flakami. Na czole widniało wypalone logo Nonsensopedii. Tymczasem ZelDelet zbierał się do podróży. Musiał odwiedzić jeszcze afrykański szczep Talydów.\nPo kilku godzinach znalazł się przy prostych zabudowaniach. Czując lekki ucisk w żołądku, ZelDelet stracił pewność. Niby znał ich od kilkunastu miesięcy, ale wciąż nie był pewien ich dalszych postępowań. Byli nieprzewidywalni. Wszedł do domostwa dowódcy. Był to monstrualnie otyły Murzyn z trzema oczami. To ewenement – zwykli Talydzi nie są grubi. Leżał na tapczanie z kroplówką podczepioną wprost do tętnicy. Przez gumową rurkę spływał szary płyn. Talydzi, by móc egzystować, musieli raz na dwadzieścia cztery godziny przyjmować sproszkowany, płynny Koran. To wzmacniało ich muzułmańskiego ducha. Co gorsza mówili z niemieckim akcentem.\n– Herr Delet – wymówił dowódca z wielkim trudem. – Jak mają się sprawy?\n– Jak na razie nijak, ale oferta wciąż aktualna – odrzekł.\nTalyd wziął kilka głębszych, świszczących wdechów.\n– Mamy nadzieję, że nie zawiedziesz naszych... oczekiwań w tej sferze...\n– Nie. Z pewnością.\n\nTriumwirat\n\nPorost i Marian wędrowali górską ścieżką do chatki położonej na przełęczy. Żył w niej stary pustelnik Kicior. Ten uczony poliglota, pracował niegdyś dla Wikipedii, lecz w rzeczywistości był tam podwójnym agentem. Po upadku Wikian, stał się ostatnim powiernikiem wikipedyjnego dziedzictwa, które przez Radę Nonsensopedii miało zostać na zawsze ukryte.\nPorost właśnie klęczał na drodze, zdrapywał swoich imienników z kamienia i zjadał.\n– Jest pan chorym szaleńcem, panie Porost! – rzucił Marian88.\n– Nie nazywaj mnie tak – odrzekł wstając – ja przynajmniej nie noszę brunatnego munduru i nie piszę gotyckich wierszy o salmonelli.\n– W końcu nie na darmo jestem spod znaku dwóch ósemek – odpowiedział wypinając dumnie pierś pokrytą odznaczeniami różnych wojsk.\nPrzeszli do chatki. To był zwykły, drewniany domek, w którego oknie zawsze paliły się światła, a biały dym ciągnął z komina. Otworzył im garbaty staruszek z długą brodą, a gdy ujrzał gości, natychmiast uśmiechnął się szeroko. O mało nie podskoczył.\n– Porost! Marian! – krzyczał przytulając ich. – Chodźcie do środka, zaraz zrobię wam herbatki z mleczkiem.\nUsiedli przy stole. Chatka była niewielka. Większą jej część zajmowały regały z horrendalną liczbą słowników.\n– Przybyliśmy po pewną rzecz – rzekł Marian.\nKicior odstawił garnek mleka i odwrócił się powoli. W jego oczach widniał strach zmieszany z zaskoczeniem.\n– Owszem... ja... już... zaraz... – jąkał.\nPrzeszedł do pokoju, w którym była rupieciarnia. Wyciągnął stamtąd zawiniątko z czerwonej wełny. Zdjął pokrycie. Teraz trzymał złotą szkatułkę z metalowymi obiciami. Podał ją dwóm Nonsensopedystom. Z drżącymi rękami Porost otworzył szkatułkę. W środku były brązowe cukierki opakowane w złotawo–przezroczystą folię.\n– Cóż innego mógłbym dać moim wnuczkom, jeśli nie Werters Original?! – zakrzyknął Kicior wesoło.\nPorost i Marian bez słowa wyciągnęli broń, by wymierzyć ją prosto w pustelnika.\n– Radzimy nie pogrywać z nami – ostrzegł poważnie Porost.\n– To już mi się nie podoba – stwierdził smutno Kicior.\n– Trzeba było wcześniej o tym pomyśleć. Gdzie są plany?\n– Na kredensie, w puszce z kawą zbożową – rzekł zrezygnowany pustelnik.\n– I tak powinno się załatwiać sprawy – stwierdził Marian.\nZakuli mędrca w kajdany i wyprowadzili. Porost trzymał w ręce plany, oznaczone tajemniczym napisem Vikipedius Sanctus Laberinto.\n– Doskonale, a teraz idziesz z nami – powiedział.\n– O nie... tak łatwo mnie nie pojmiecie... – odpowiedział z tajemniczym uśmiechem Kicior.\nPodniósł dłonie, z których zaczęły jaśnieć promienie. Broń dwójki Nonsensopedystów wystrzeliła, lecz pustelnik nie zareagował. Porost odrzucił pistolet i stanął z zamkniętymi oczami, Marian strzelał dalej. Wówczas potężna siła zmiotła go, wyrzucając daleko w górę. Kicior zaśmiał się, lecz wciąż utrzymywał magię. Nie zauważył, że na ciele Porosta tworzy się dziwna warstwa zrobiona z roślin.\n– Huh, usiłujesz mnie podejść? – spytał starzec.\nLecz z ciała Porosta wystrzeliły w jego kierunku liany, mocno oplątując Kiciora. Istota w którą zmienił się Przedszkolak, zaśmiała się paszczą. Nagle rozległ się wybuch i płonącego Porosta wyrzuciło z chatki. Leciał, tracąc swoją roślinną część, aż spadł z głośnym hukiem tuż obok Mariana. Ten leżał połamany, ale oddychał i był przy świadomości.\n– Przynajmniej... mamy... map��... – wymamrotał Porost.\nWyciągnął z kieszeni skarb. Jednak to co trzymał, nie było mapą, lecz spalonymi świstkami tajnych planów. Widocznie wybuch musiał je zniszczyć. Tymczasem na górze, uśmiechnięty Kicior otrzepał pył z ubrania. Potem odwrócił się, a gdy ujrzał zniszczenia swojej chatki, gwizdnął przez zęby. Natychmiast zabrał się do sprzątania.\n\nSir Damiinho siedział przy stosach papierów i uzupełniał je systematycznie. Tkwił przy biurku już od sześćdziesięciu godzin bez przerwy, więc trochę zgłodniał. Miał już wstawać, by zrobić sobie kolację na śniadanie, gdy do biura wpadł, a raczej wjechał na kolanach, Hani.\n– ROOOOOOOOZPUUUUUUUSTAAAAAA!\nOd czasu nieszczęśliwego wypadku, on, Hrabia Wasilij oraz Diabełko, stali się zupełnie innymi osobami. Inkwizytor Hani, dziś zajmował się porywaniem dzieci z dobrych rodzin i reedukowaniem ich na kompletne szumowiny. Oprócz tego często chodził po salach Nonsensopedii śpiewając pieśni religijne z XVII wieku.\nTuż za nim wszedł Ełek i Jeremy Kowalsky.\n– Pomyśleliśmy sobie, że i tak już długo pracujesz, dlatego zrobiliśmy zrzutkę i zarezerwowaliśmy ci rozrywkowy wieczór – mówił Ełek.\nPodał wizytówkę. Dami przeczytał ją i oddał mówiąc spokojnym tonem;\n– To bar z arabskim striptizem – odpowiedział wracając do papierów. – Nie chcę.\n– Nie bądź taki... Kowalsky bardzo się poświęcał dla rezerwacji – prosił Ełek.\nSir Damiinho spojrzał na papiery oblane mdłym światłem z lampy. W sumie już dawno chciał trochę odpocząć. Znów złapał za wizytówkę. Przyglądał się różowym literom na czarnym tle. Być może ukróciłoby to złośliwe docinki ze strony co poniektórych adeptów.\n– Znajdę dzisiaj wolną chwilę wieczorem – powiedział Dami chowając prostokącik do kieszeni.\n– Super! – krzyknęli Ełek i Jeremy.\nHani wymiotował w kącie, bo chwilę wcześniej zjadł jakąś rybkę z akwarium szefa. Dami pokazał język.\n\nWieczorną godziną stawił się w barze, w dość luźnym stroju. Odźwierny zaprowadził go do obszernego pokoju z tapczanami. Kilka z nich zajmowali Nonsensopedyści. W półleżących pozycjach brali z półmisków owoce, albo zaciągali się fajką wodną. Dla biurokraty było osobne miejsce w środku. Damiinho usadowił się i z uśmiechem czekał na przedstawienie. Po chwili weszła tancerka ubrana jedynie w szkarłatny bedleh, z zasłoniętą twarzą, zaczęła tańczyć. Wszyscy umilkli, wlepiając w tancerkę wzrok. Jedynie Damiemu kojarzyła się z kimś, kogo dobrze zna. Jednak nie mógł powiedzieć z kim dokładnie.\nTancerka zbliżała się do biurokraty pociągająco manewrując ciałem. A kiedy była dość blisko nachyliła się. Nikt nie zauważył szybkiego ruchu ręką, błysku i pchnięcia. Rana w sercu Damiinho zaczęła tryskać krwią. Biurokrata złapał się za szyję.\n– Oj, oj – powiedział, po czym wyzionął ducha.\nTancerka ściągnęła zasłonkę z twarzy. Z tapczanu wstał Jeremy Kowalsky, który wykrzyknął;\n– Dobra robota, Holly! – a następnie zwrócił się w stronę zszokowanych Nonsensopedystów; – Teraz my przejmujemy Nonsensopedię!\nZłapał Holly Blue za ramię i razem zniknęli w chmurze dymu. Nonsensopedyści wciąż tkwili w szoku. W końcu wstał Michalwadas i podszedł do trupa Damiinho.\n– Ej, on chyba rzeczywiście jest martwy – powiedział do reszty.\nZbliżył się Kamil Kozłowski. On stwierdził to samo.\n– No cóż... trzeba będzie znaleźć sposób do przywołania go do życia – wydedukował Ełek.\n– Znam człowieka, który potrafi – dodał Kozłowski.\n\nVivatte stał przy bramach do pałacu Nonsensopedii. Takie było jego zadanie na dzisiejszą noc. Pilnować, by na teren nie dostał się nikt nieupoważniony. Zwykle było dużo pracy, bo zdarzały się sabotaże, samochody z materiałami wybuchowymi i inne dziwne zdarzenia. Z odrętwienia wyrwały go głosy. Ktoś zbliżał się do pałacu. Przygotował się do natychmiastowej interwencji. Jednak zobaczył, że to idzie spokojnie przedszkole Miśka, więc się uspokoił. Wziął do dłoni klucze, by otworzyć im. Lecz eksplozja rozsadziła bramę. Vivatte prędko skrył się w krzakach i włączył komunikator.\n– Centrala! Centrala! – krzyczał do głośniczka\nW centrali siedział AleftU. Ten człowiek przyczepiony do setek przewodów, bez przerwy obserwował dziesiątki ekranów i analizował wszelkie informacje przepływające przez Nonsensopedię. Dlatego wezwanie Vivatte trafiło do niego niezwykle szybko.\n– Tu centrala, co się dzieje przy bramie?!\nObserwował grupę osób przechodzących przez płonące wrota.\n– To... przedszkole Miśka... ja nie wiem... co... AAAAA!!! – wrzask strażnika o mało co nie ogłuszył AleftU.\nTo Exe19 wgryzał się w głowę Vivatte, wysysając mózg z czaszki. Milya0 stał i śmiał się obserwując zdarzenie. Potem chwycił topór i wskoczył do pałacu przez okno. AleftU nie był przerażony, lecz włączył we wszystkich Wikiach kod czerwony. To najwyższy alarm.\nTymczasem Misiek szedł wprost do sali głównej. Nic go nie powstrzymało. Nonsensopedyści padali jak muchy pod kolejnymi atakami ze strony jego przedszkola. Tronu bronił samotnie Vae, lecz dostrzegł w porę, że nie ma szans. Z bocznych drzwi wybiegł Artur Von Fornal i Amoniak.\n– Szybko, ewakuujemy się, nie mamy szans – przekrzykiwał hałas hrabia.\nZza nich wyskoczył dwumetrowy, mechaniczny pingwin z mackami. Vae wykorzystał to i pobiegł za dwójką Nonsensopedystów. Robot nie powstrzymał przedszkola i padł pod potężnym czarem Somara. Misiek w końcu zasiadł na tronie.\n– Nonsensopedyści albo uciekli, albo zginęli, Misiek – zaraportował Level.\nNadzorca przedszkola nie odpowiedział, a jedynie obserwował kołującego, pierzastego ptaka, który wylądował tuż przed tronem i zmienił się w Ptoka Bentonicznego.\n– Pochlebiasz sobie – stwierdził.\n– Spóźniłeś się, ptaszku.\n– Ależ nie... mam ofertę... Rada Nonsy na pewno nie odda władzy tak łatwo – mówił zasłaniając twarz rondem kapelusza. – Proponuję połączyć siły.\nMisiek spojrzał na Kracoka, który stał tuż za tronem. Bał się go, bo mocą dorównywał administratorom.\n– Utwórzmy triumwirat – zaproponował Misiek. – Ja, ty i Kracok.\nUsłyszał ciche poruszenie za sobą.\n– Zgadzam się – rzekł Ptok.\n\nSzpital psychiatryczny pod wezwaniem Hannibala Lectera, mieścił się w środku mrocznego lasu. Ten stary, zapuszczony budynek był ostatnim przystankiem dla większości pacjentów, którzy znikali nagle i nikt już nich nie widział. W głównej sali, na wózku inwalidzkim siedział hrabia Wasilij Żygutek i wraz z kilkoma pacjentami tępym wzrokiem wpatrywał się w telewizor, gdzie leciał podrzędny teleturniej. Nagle wzdrygnął się. Jakieś wydarzenia miały miejsce. Ruszyła jakaś machina, której nikt już nie mógł zatrzymać. I gdyby tylko nie widział przed oczami tych wszystkich różnobarwnych motylków, natychmiast ruszyłby w wir zdarzeń. Tylko najpierw musi te malutkie, irytujące owady złapać. Gdy machał rękami, ozwał się głos za nim;\n– Panie hrabio, nowa porcja leków.\nPielęgniarka podetknęła mu pod nos kubek z pastylkami. Znów przesiedzi kilka godzin wpatrując się we własne kolana.\n\nCerber nie podążał wraz z resztą. On, Bodo, król Korwin, Wilqw, Del Pacino i Terrapodian wycinali sobie drogę do zamku Ptoka. Dokładnie widzieli wydarzenia w pałacu, oraz słyszeli o śmierci Damiego od Michalwadasa. Nie można było czekać, robić planów. Musieli zdobyć siedzibę Ptoka, żeby nie miał wsparcia. Natrafili jednak na potężne zombi, które z jakiegoś powodu przypominały Mister T.\n– I pity the fool! – wrzasnął jeden z umarlaków, nim wściekłe ogary Wilka go rozszarpały.\nDel Pacino strzelał do przeciwników z karabinu. Wciąż nosił na sobie wdzianko amerykańskich gangsterów z lat 30.\n– To jest piękne – stwierdził.\nKról Korwin stworzył przeciwwagę dla Mr. T i z poległych wojowników wskrzeszał klony Janusza Korwina–Mikke, które rzucały śmiertelnie groźnymi shurikenami w kształcie muszek. Bodo i Cerber siekali konwencjonalną bronią białą. Terrapodian preferował piękniejszy sposób – zjadał panów Ti.\nTajna broń Ptoka padła i ekipa była już pod murami jego zamku, gdy nagle przybył we własnej osobie.\n– Ha! Tego się nie spodziewaliście.\nZłapał za cegłówkę, która leżała w pobliżu i z całą siłą cisnął ją w Bodo. Głowa Nonsensopedysty eksplodowała na setki kawałków mózgu oraz kości. Chociaż otoczony, Bentoniczny nie zamierzał się poddawać. Rzucił się na króla Korwina łamiąc go wpół. Del Pacino przedziurawił Ptoka kulkami z karabinu, ale samozwaniec wciąż dychał. Cerber zmienił się w trójgłowego psa, by ostatecznie go dobić, lecz w tej chwili z rękawa przeciwnika wyszła długa szpila, która przebiła administratora.\n– Dobra, Pacino, Terr – Wilqw cofnął się – chyba będziemy uciekać.\nPtok nie zdołałby ich dogonić, nawet gdyby bardzo tego chciał. Mocno krwawił z poszatkowanego ciała, lecz dzięki wrodzonej mocy regeneracji, w ciągu kilku godzin powinien się wyleczyć.\nWstał na nogi, by uzyskać fizyczną przewagę nad Cerberem. Teraz w ludzkiej postaci zdawał się niegroźny. Już miał sprofanować ciało, wówczas Bentoniczny dojrzał, że administrator wciąż oddycha. Miał kolejny plan.\n\nFront\n\nDiabełko siedział za ladą w sklepie z chrześcijańskimi dewocjonaliami. To była praca o której marzył od zawsze. Oczywiście nie pamiętał poprzednich miesięcy życia. Nie pamiętał kim był, ale co z tego. Teraz oddał całą swoją egzystencję Bogu i Jezusowi. Dlatego zdziwił się mocno, gdy do jego sklepu wparowała gromadka Nonsensopedystów z martwym Damim.\n– Przywróć go do życia – zażądał Michalwadas.\n– Nie mogę robić czegoś, czego zabrania mi wiara – wzruszył ramionami Diabełko. – Niestety, muszę odm...\nPodszedł do niego Hani i uderzył go z liścia w policzek. Diabełko jedynie się uśmiechnął.\n– Jako przykładny chrześcijanin, nadstawię drugi.\nTym razem uderzył go Ełek. Z pięści. Trafiony Nonsensopedysta zatoczył się zamroczony.\n– Skoro tak stawiacie sprawę... – rzekł obrażony.\nZaczął odprawiać jakieś modły. Machał nad sir Damiinho krucyfiksami, figurkami, a wreszcie uderzył go mocno w splot słoneczny. Biurokrata wstał i wystawił język uśmiechając się przy tym. Nonsensopedyści odetchnęli z ulgą.\n– No to mogę już iść? – spytał Diabełko oddalając się boczkiem.\n– Nie – mocny chwyt Kozłowskiego zatrzymał kapłana.\n\n– Dobra, teraz ty spróbuj tego – Towarzysz Alchemik podsunął Amoniakowi fiolkę.\nNonsensopedysta wypił pomarańczową zawartość i lekko się skrzywił, ale za chwilę na nowo uśmiechnął.\n– Mmm... siarka z pomarańczami... moje ulubione – stwierdził. – Poczekaj towarzyszu, zaraz wykombinuję nową miksturę i zobaczymy czy odgadniesz.\n– Sorry, że przerywam waszą zabawę.\nDo pomieszczenia wszedł Bloodoks.\n– Artur zaraz wyląduje, więc szykować się do wyjścia.\nObaj alchemicy zebrali swoje chemikalia do torby. Wyjrzeli przez szyby. Ziemia zbliżała się dość szybko. W pobliżu lądowiska stał Del Pacino, Terrapodian, Wilqw i cyborg Jakub910.\nTymczasem w zamku Ptoka, Cerber półnagi wisiał podłączony do szeregu kabli, które prowadziły do superkomputera. Bentoniczny programował ostatnie komendy.\n– Ha, ten komputer jest zasilony twoją energią życiową, piesku – zwrócił się do Cerbera.\nNastępnie nacisnął włącznik. Ogromna maszyna zawyła. Zapłonęła na czerwono ogromna lampka.\n– HAL–9000 melduje swoją gotowość – rzekł komputer.\nNatomiast Cerber zaśmiał się.\n– Nie przewidziałeś Ptoku, że mam jeszcze asa w rękawie... wprawdzie nie mam rękawów, ale gdybym miał...\nBentonicznemu nie wystarczyło powtarzać drugi raz. Spojrzał na diagnostykę i zbladł. Cerber wprowadził dziwny ciąg znaków, który całkiem zmutował działanie maszyny. W kierunku Ptoka zaczęły zbliżać się rurki zakończone igłą. Usiłował wyłączyć komputer, lecz HAL–900 spytał tylko;\n– Co robisz, Ptok?\nCerber śmiał się głośno przez następne pięć minut, czyli do własnego końca sił życiowych.\nGdy ekipa po walkach dotarła do tej sali, zobaczyli napuchniętego Ptoka leżącego pośrodku. Jakub910 przeanalizował dane komputera.\n– Analiza: ten komputer wszczepił Ptokowi ponad cztery litry płynu z wirusem ebola – stwierdził.\nBentoniczny wstał powoli na nogi, a z nosa, ust, oczu i uszu popłynęła fontanna krwi.\n– Wprawdzie moje wnętrzności się rozpłynęły, ale wy też zginiecie, kur...rrr...www... – wystękał.\nPo tym wyznaniu upadł i rozpadł na krwiste gluty.\nEkipa przeszukała zamek Ptoka. Znaleźli tam porwanych Nini, Sersculla, Kinrepoka i Pippo. Według notatek, wszyscy mieli służyć jako zasilanie do komputera.\n\nCienisty Płetwal sunął przez rzeczywistość. Śmiał się.\n\nHrabia Wasilij jak co noc był przywiązany do łóżka skórzanymi pasami. Środek zapobiegający, ponieważ ostatnim razem napadł na pielęgniarkę i odgryzł jej język. Lekarze woleli uniknąć dalszych ekscesów.\nGdy tak wpatrywał się w biały, podniszczony sufit, tuż za nim pojawiła się inna postać. Był to Kracok, który z nożem schylał się nad Wasilijem. Hrabia westchnął. Lecz śmierć nie przybyła. Poczuł za to luz na dłoniach i nogach. Kracok rozciął więzy pętające arystokratę.\n– A co to miało znaczyć? – spytał Żygutek.\nNonsensopedysta–zabójca wzdrygnął się na te słowa.\n– No... uwolniłem cię... musimy zebrać siły – odpowiedział.\nPotem opowiadał Wasilijowi wydarzenia z ostatnich kilku dni. Między innymi to, w jaki sposób Misiek przejął nad Nonsensopedią całkowitą władzę. W zamian Kracok dowiedział się, że hrabia trafił do szpitala psychiatrycznego za niewyczuwanie ironii i zachwianie osobowości.\n– Jakkolwiek, musimy wyjść z tego szpitala – mówił Wasyl. – Jak się tu dostałeś?\nKracok spojrzał w górę, za siebie, na lewo i prawo, po czym wzruszył ramionami.\n– Nie wiem.\n– Czyli teraz ja kieruje – stwierdził Wasilij.\nWypadli na korytarz. Arystokrata zignorował wcześniejsze zalecenie Kracoka, by zachowywał się ostrożnie. Zaczął coś krzyczeć, na co reagowali pracownicy psychiatryka. Wreszcie zaczęli ścigać Żygutka ze strzykawkami, albo strzelali w jego stronę pociskami usypiającymi. Nie dał się. Kracok, jak na skrytobójcę przystało, biegł po suficie.\nByli już blisko wyjścia, gdy nagle drogę zagrodził im dyrektor placówki. Nazywał się Kondzio i był kiedyś adminem Nonsensopedii.\n– Nikt nie wychodzi stąd żywy – oznajmił.\nWyciągnął zza pleców piłę mechaniczną i z obłąkańczym uśmiechem zbliżał się do Wasyla i Kracoka. Żygutek cofnął się. Poza piżamką nie miał przy sobie nic. Kracok starał się jakoś zajść od tyłu Kondzia. Jednak psychiatra miał jakby podzielną uwagę, więc z ��atwością kontrolował sytuację. W takich momentach stosuje się zasadę deus ex machina, lecz Wasyl miał swoje specjalne combo.\n– Martwy przecież też nie wyjdzie – stwierdził.\nKondzio westchnął.\n– To była ironia.\n– Przecież nie mogę wyczuć ironii w tekście pisanym – odpowiedział wściekle Wasyl, a po chwili dodał: – Kurwa!\nKondzio zatoczył się.\n– Mmm... musimy ponowić terapię... chyba nie przyniosła skutku... siedem tysięcy woltów elektrowstrząsów na początek – mówił.\nTe kilka sekund dało czas Kracokowi, by wbić nóż prosto w plecy Kondzia. Dyrektor padł na twarz.\n– Szkoła Miśka – rzekł Nonsensopedysta – cios w plecy i ratunek przez ucieczkę.\nTajemnym combosem Wasyla było udawanie (choć niektórzy twierdzą, że to nie udawane), iż nie rozumie ironii, co konfundowało wszelkie istoty o IQ powyżej 40.\nKiedy dwójka uciekła, Kondzio przewrócił się twarzą w górę. Zobaczył, że stoi nad nim dziewczyna. Wampir.\n– Holly, powiedz... starałem się... – mówił cicho Kondzio, chociaż i tak wiedział, co go czeka.\n– Zawiodłeś – powiedziała krótko Holly.\nNastępnie wbiła się ostrymi zębami w szyję dyrektora. Księżyc w nowiu unosił się na niebie.\n\nMisiek zdenerwował się mocno, gdy doszły go słuchy o śmierci Ptoka oraz zdradzie Kracoka. W ataku wściekłości wytargał za włosy Exe19, dał szlaban Somarowi i zabronił wyjechać Milya0 do Danii. Potem rzucił złośliwą aluzję w kierunku Ptoka i amazońskich lasów deszczowych, które kazał wyciąć przed śmiercią, aby tworzyć plakaty propagujące jego osobę. Ucieszył go moment, w którym Jeremy za pomocą swojego golema złapał Terrapodiana. Misiek chciał wypróbować nową zabawkę w pałacu.\nTerrapodian stał nad dziurą, na której dnie znajdowało się coś na wzór maszynki do mielenia mięsa.\n– Zaraz cię tam wrzucimy – powiedział Misiek.\n– Och, zbędny wysiłek – rzekł z uśmiechem Terr.\n– Oj, nie... rzućcie go.\nNonsensopedysta wpadł do środka z okrzykiem łał! Maszyna zmieliła go. Po chwili z dołu rozniósł się głos.\n– Jeszcze nigdy kość śródstopia nie była tak blisko mojej głowy!\nMisiek spojrzał na rozbabranego człowieka i pokręcił głową. Po chwili skontaktował się z Levelem.\n– Czołem Misiek! – powiedział Level, który znajdował się właśnie w kosmosie. – Montuję w tym momencie satelitę, która rozpieprzy Ziemię na milion kawałków.\n– Mam nadzieję, że nie zapomniałeś, o tym, co kazałem ci zrobić?\n– Ależ nie! – odkrzyknął astronauta. – Nasza kosmiczna flota jest gotowa do kolonizacji kolejnych obszarów. W końcu Ziemia to za mało dla nas.\n– Nie chcę niepowodzeń – powiedział ostrzegawczo Misiek. – Lepiej, abyś o tym zapamiętał.\nPotem zwrócił się w stronę Porosta, który przed kilkoma godzinami wrócił ze szpitala.\n– Wprawdzie mnie zawiodłeś, ale postanowiłem, że dołączysz do triumwiratu – powiedział Misiek. – Ty Holly też, ale nie chcę, abyś kąpała się dalej we krwi tutejszych kobiet.\nZasalutowali raźnie. Misiek odwrócił się. Nagle alarm włączył się w całym budynku. Kod czerwony, czyli przeciwnik jest przed bramą.\n– Exe, szykuj artylerię, Tespis i Somar do mnie! – krzyczał Misiek.\nNad dachem na wielkim gołębiu kołował Exizu. Wziął do ręki kilka pocisków, które zrzucił z uśmiechem w dół. Potem odleciał w stronę pierścienia, który zaciskał się na siedzibie Miśka.\n\nZ pamiętnika Szoferki\n\nJebany pamiętniczku!\n\nWędrowałam na słoniu przez Alpy. Moje zdrowie siadło ostatnio, ale tak się dzieje, gdy zamiast wody pije się mózgojeby. Tuż nad ranem natknęłam się na Ouro, który usiłował mnie zabić. Dostał takie zlecenie od Miśka. Wyciągnęłam od niego więcej informacji. Między innymi ten mały, pluszowy gnojek przejął władzę nad Nonsą wespół z tym pokrzywionym, skretyniałym wariatem, Ptokiem. Na koniec wydarłam Ouro wszelkie wnętrzności, chociaż obiecywałam, że pozostawię przy życiu. No co? Też mi się należy trochę śmiechu od życia.\n\nW Hiszpanii spotkałam Łapę 666, który razem z Juziem666 i Harrym 666T przyzywali demony. Pokazałam im właściwy sposób. W zamian oni wskazali drogę do mojego starego przyjaciela – Zeartula. Nie widziałam go od wieków, ale wciąż pamiętam jak razem otwieraliśmy drogę dla Nonsy. To było jeszcze za czasów Yossariana, kiedy na naszym terenie hasali spokojnie Wandale, Trolle i Dzieci Neostradara. Zawsze rano siedziałam przy oknie i strzelałam do nich. Tęsknię za starą ekipą. Oni mieli jaja – wiedzieli kiedy pierdolnąć fireballem, a kiedy ice stormem. Dziś admini są tacy bez wyrazu... może narzekam, ale mi się nie podobają. I to było pewne, że tak się skończy. Kończę pisać, bo czuję jak siarka wypala mi mózg.\n\nZnów natknęłam się na Wandali. Wszyscy zginęli. To już nie to samo, co kiedyś. Co powiedziałaby reszta? Szoferka–sentymentalistka? Być może rzeczywiście się starzeję. Brakuje mi tego chuja ZelDeleta. I Telefona, Pietrasa... Jeszcze raz chcę poczuć ich flaki na moich dłoniach. Jeśli chodzi o podróż, to właśnie gości mnie Wróbel, na terenie swojej Historiopedii. Mała, niszczejąca melina. However, nie mam się gdzie podziać, wobec czego nie narzekam.\n\nNa miejscu okazało się, że Zeartula już tu nie ma. Zabrałam się wraz z elfami od pana Silmethule do Brazylii, gdzie ponoć się kryje. Silmethule to dziwna osoba. Mówi w różnych językach, z których 90% to języki sztuczne. Nie mi to oceniać.\n\nPłynę Amazonką w głąb dżungli. Gdzieś tam jest Zear. Muszę poszukiwać kolesia w futurystycznej zbroi. Chociaż on powinien się zmienić. Skoro żyje na tym zadupiu, to na pewno. Znając go, pewnie siedzi w jakiejś norze i podgryza korzonki.\n\nZnalazłam Zeartula. Faktycznie się zgubił i jadł korzonki. Zdziwaczał od tamtego czasu, lecz jednocześnie stał się bardziej wojowniczy. Od kiedy opuścił naszą Nonsensopedię, wędrował po tego typu dziurach. Ha! Ktoś mówił, że wszyscy i tak wracają na Nonsę. Zeartul z zafascynowaniem słuchał o przeszłych wydarzeniach. Nie mógł wyjść z podziwu, że cała jego praca jaką włożył w Nonsę, odeszła w niepamięć i teraz gromada przedszkolaków to wszystko rozpierdala. Dlatego zdeterminowany postanowił wrócić. A ja mu w tym pomogę. Tak mi dopomóż... nieważne.\n\nFront c.d.\n\nSir Damiinho osobiście doglądał oblężenia, które trwało już kilka dni. Z uśmiechem na ustach pocieszał rannych i martwych. Lecz Misiek i jego ekipa nie chciała dać za wygraną. Tego dnia schwytali Milya0, który z pianą na ustach atakował Nonsensopedystów swoim toporem. Rozciął w ten sposób Aynahanira, a potem wytarzał w jego zwłokach. Kiedy go otoczyli, Towarzysz Alchemik chlusnął mu w twarz jakimś syfem. Potem dobił go Diabełko, chociaż wcale nie chciał, lecz powiedzieli mu, że Milya0 czci nordyckich bogów.\n\nNajgorzej miał Jeremy Kowalsky, który walczył z czołowym antysemitą Nonsy. Al Capone usiłował zabić go magią narodowego socjalizmu. W odpowiedzi Kowalsky użył Kabały, ostatecznie wygrywając pojedynek. Capone z wypalonymi oczami upadł na ziemię. Korzystając z wolnego czasu Jeremy opróżnił jego kieszenie i uciekł.\n\nExe nadzorował ostrzał artyleryjski. Jego wewnętrzna nienawiść do ludzkości napędzała. Wyprosił u Mariana parę fiolek z dziwnym wirusem, który wywoływał szereg podejrzanych chorób. Amoniak miał pełne ręce roboty przy szykowaniu odpowiednich odtrutek. Lubił siedzieć w ciemnym kącie, gdzie wertował grube tomiszcza. A gdy ktoś mu nieopatrznie przeszkadzał, to krzyczał na danego delikwenta i rzucał szklanymi przedmiotami.\n\n– Myślę, że możemy uniknąć szeregu ofiar – powiedział Vae do Damiego. – Musisz mi tylko użyczyć Artura i Ełka.\n– Nie mogę puścić Artura, bo on zasila nas w czołgi – odpowiedział sir Damiinho. – Weź sobie Wasyla.\nVae zwerbował do siebie Ełka i Wasyla. Razem zeszli do kanałów, które prowadziły teoretycznie do sali głównej Nonsensopedii. Jednak wędrówka starymi, zapleśniałymi kanałami, nie była dobrym pomysłem. Znaleźli się na cmentarzu, gdzieś daleko, bo krajobraz zupełnie nie przypominał okolic zamku. Ponadto panowała noc.\nVae powoli wyszedł po drabince, za nim Ełek i Wasyl. Stanęli między grobami.\n– Chyba rozminęliśmy się z celem – stwierdził Ełek.\n– Ty idioto! – krzyknął hrabia w stronę Vae. – Jak nas prowadzisz?!\nNagle zapanowała cisza, a ciemność zgęstniała. Zza grobowca wyszedł Nezumi – jedna z legend Nonsensopedii.\n– Co robicie w mojej oazie spokoju? – spytał.\n– Chcieliśmy powstrzymać obronę Nons...\n– Ach! – przerwał. – Głupie wojenki. Walki. Ja osiągnąłem już ten poziom, że nie mieszam się w żadną ze stron.\nNezumi cofnął się za grób.\n– Może zrobić wam coś do picia? Coś mocniejszego? Mam trochę szarlotki...\n– Nigdy nie częstował mnie koleś mieszkający na cmentarzu – stwierdził Wasyl.\nWówczas horyzont się rozjaśnił. Nezumi zaczął bluzgać w stronę przybyszów, a potem zakopał się w swoich podziemiach. Dziwny pojazd w kształcie chrabąszcza krążył nad cmentarzem. Vae przyszykował swój kieszonkowy pistolet plazmowy. Nie zdążył go użyć, gdy potężny pocisk rakietowy rozwalił jego jestestwo na siedem tysięcy części. Wasyl charczał poplamiony krwią i resztkami ciała towarzysza.\nZ pojazdu wyskoczył Musialmati. Ręce miał zajęte dwiema wyrzutniami rakiet.\n– Prepare to fucking epic end! – rzekł z błyskiem w oku.\n– No nie, to ten koleś co nie potrafi sklecić słowa?! – krzyknął Wasyl.\n– Nie mów tak! – odkrzyknął Musial. – Staram się.\nWystrzelił w Ełka. Mag nie zdążył się uchylić. Rakiety wprawdzie go nie trafiły, ale potknął się na kamieniu, upadł i złamał sobie kark. Hrabia oczyścił twarz z kawałków Vae.\n– Jeden na jeden, draniu – wysyczał.\nPodwinął rękawy, ściągnął okulary i napiął mięśnie. Po czym ruszył w stronę Musiala. Ten po prostu podrzucił granat pod Wasyla. Arystokrata nie zauważył tego ruchu i po kilku sekundach dość efektywnie podzielił los Vae, chociaż niczym jogurty Jogobelli składał się z nieco większych kawałków.\nMusialmati zatarł dłonie. Wówczas płyta nagrobkowa wylądowała na jego głowie. Przedszkolak padł na ziemię w mocnych drgawkach. Nezumi spojrzał na pobojowisko z pochmurną miną. Przysiadł się, wziął do rąk nogę Wasyla i zaczął obgryzać.\n\nPod miastem toczyła się kolejna bójka. Tym razem Strusmb i Continuos zginęli podczas sabotowania zapasów przedszkola. Misiek osobiście się ich pozbył. Przetrwał jedynie Chommik i Kompressor. Razem bronili się pod kolejnymi strzałami z miśkowego obrzyna. Sytuację zepsuł Tntdude, który w samobójczym ataku zniszczył nie tylko dostawy, ale zabił Chommika, Kompressora oraz ranił Exe19 przechodzącego tuż obok.\nPo chwili miało zakończyć się oblężenie i to przez samych Przedszkolaków. Pod wrotami znalazło się małe, zielone zwierzątko, przypominające dużą mysz z zygzakowatym ogonem.\n– Pi–pi–pippo! – mówił jedynie.\nPodszedł do niego Somar. Wziął do ręki. Potrząsnął kilka razy. Poszedł do środka sali i pokazał Holly Blue.\n– Ja bym zniszczyła – stwierdziła.\n– Pi–pi–pippo! Pippo–pi–popo! – piszczał zwierzak.\nUsłyszał to Misiek, który nagle rozpoznał ten ton.\n– Wypieprzcie to! Wypieprzcie! – krzyczał biegnąc przez korytarze.\nZwierzak zaczął świecić zielonkawym blaskiem. Światło wypaliło Somarowi oczy, a potem mózg. Holly zasyczała, aby po chwili rozpaść się na proch. Na ich miejscu stał teraz Pippo oraz Towarzysz Alchemik.\n– Otworzyć wrota! – krzyknął.\nSypnął jakimś proszkiem, który nie zadziałał. Towarzysz spojrzał na Pippo.\n– Znów wyjadałeś mi mangan?\n– Pewnych nawyków nie da się wyplenić.\n– Spoko, już wszystkim się zająłem – powiedział AleftU przez głośniki.\nBrama została otwarta.\n\n– Coś... – szepnął SkywalkerPL gdzieś w cichym miejscu. – Czułem wibracje w mocy.\nSpojrzał na prawo, na lewo, po czym krzyknął;\n– Obi! Papier toaletowy się skończył!\n\nTespis popełnił honorowe samobójstwo, rzucając się do osławionej maszynki do mięsa. Pałacu nie bronił już nikt oprócz pozostałości zombie–klonów Mr. T.\nPorost usiłował zabijać gnijącym dotknięciem. Natrafił na Kubboza, który nie składał się z ciała, wobec czego musiał ustąpić. Cyborg użył promieni ultrafioletowych, które wypaliły Przedszkolaka.\nMarian przed swoim upadkiem zdołał zarazić cholerą paru Nonsensopedystów i dopiero Antecorda wzmocniony lekami Amoniaka, użył swych arcymocy do pokonania szalonego epidemiologa.\nGdzieś w tym zamieszaniu zniknął Misiek. W swojej pluszowej wersji leżał w kącie, licząc, że nikt go nie zauważy. Początkowo rzeczywiście dawał radę, lecz po chwili stanął nad nim Artur von Fornal. Odnalezienie elementu nie pasującego do otoczenia – w tym przypadku brązowego misia z serduszkiem, dawało niewielkie szanse na powodzenie. Artur wziął do ręki przytulankę i przez chwilę uśmiechał.\n– ...śmieje mu się pysiek – zanucił cicho.\nSzybkim ruchem urwał Miśkowi głowę. Plusz obficie pokrył nienaganny garnitur biurokraty. Hrabia Fornal odrzucił kawałki pluszaka i ruszył dalej.\nA bitwa skończyła się w momencie, gdy sir Damiinho dotarł do sali w której znajdował się Święty Ziemniak, czyli relikt, który swoją mocą zasilał całą Nonsensopedię. Przy wejściu przystanął, przestał się uśmiechać. Wreszcie odwrócił zbladłą twarz.\n– Ktoś zniszczył ziemniaka... – szepnął.\nRozpoczęto dochodzenie i sprzątanie trupów z pałacu. Sala Świętego Ziemniaka była pozbawiona wszelkich urozmaiceń oraz mebli. Na środku stała szklana kopuła z artefaktem. Emanowała zielonym światłem, czego nikt do końca nie potrafił wytłumaczyć.\nAmoniak siedział przy obierkach ziemniaka. Kręcił głową i mamrotał przekleństwa w szesnastu wymarłych językach. Wreszcie wstał, zdjął rękawiczki, powiedział;\n– Przykro mi, ale ten, który to zrobił nie zostawił żadnych śladów.\nMatematyk również majstrował przy sprawie, usiłując rozpracować uniwersalny wzór na rozwiązanie problemu. Skończył w momencie, gdy działanie wykazało, iż 2+2=419. Wreszcie wpadł Tomta1, który zażądał wizyty u Damiego.\n– Mam złe nowiny! – krzyknął.\n– Jakie? – spytał Dami.\n– Za chwile się okaże – odpowiedział tajemniczo Tomta. – Nadstawcie uszu.\nNadstawili. Po godzinie rzeczywiście usłyszeli coś jakby jednostajny marsz, oraz krzyk Exizu, który wzywał wszystkich do obrony.\n– Jesteśmy atakowani? – spytał biurokrata.\n– Tak! – odkrzyknął radośnie Tomta1.\n\nNa czele Talydów szedł ponuro ZelDelet. W mrocznym płaszczu zdawał się być wodzem prawdziwej armii. Tymczasem prowadził gromadę fanatycznych muzułmanów, gotowych zabijać wrogów bez względu na to kim są i czy rzeczywiście są przeciwnikami. Przystanęli – ostatnia dawka sproszkowanego Koranu, zakrapiana wyciągiem z Sunny. Ruszyli, by przed bramami pałacu wyciągnąć zakrzywione szable. Tam zatrzymali się. Zel sięgnął po tubę;\n– Działacze Nonsensopedii! Nie macie żadnych szans! To ja pożarłem Świętego Ziemniaka i przejąłem jego siłę.\nWówczas rozległ się pojedynczy, acz głośny, strzał i część Talydów przestała istnieć. W bramie, otoczony pyłem stała samotna postać z dwumetrową strzelbą. Gdy tylko kurz opadł, oczom zgromadzonym ukazał się Zeartul.\n– Wpadłem na chwilę i nie podoba mi się to! – krzyknął.\nNa murze zjawiła się Szoferka. Fireballem rzuciła w Talydów, którzy zaczęli szturmować pałac. Zel patrzył z nienawiścią na tą dwójkę, a wiatr szarpał jego płaszczem. Wreszcie skoczył w stronę Szoferki by skrzyżować z nią ostrza.\nTymczasem front Talydów rozbił się o awangardę Nonsy. Wspomagani świętym błogosławieństwem Diabełka i przeciwmocą Samiego, zdawali się być nieśmiertelni. Prawie.\nSzoferka walczyła z ZelDeletem.\n– Ach, jesteś twardą przeciwniczką – stwierdził Zel krzyżując miecze, po tym jak znowu od siebie odskoczyli. – Ale tym razem nie broń się gołymi rękoma. Chcę ubić uzbrojonego przeciwnika.\n– Nie licz na to, kurwiszonie – odrzekła Szoferka.\nWyciągnęła kastet. Ściągnęła kurtkę ukazując ramiona pokryte tatuażami. Skoczyła w stronę Deleta. Wymierzali ciosy, skakali ponad sobą, wreszcie Zel odciął Szoferce prawą dłoń. Upadła spoglądając na krwawiący kikut. Była śmiertelnie zmęczona, a teraz jeszcze ta rana. Główny wróg zbliżał się głośno się śmiejąc. Nie wiedział, że jego ukochani Talydzi już są roznoszeni na kopiach dzielnych Nonsensopedystów. Ani nie zauważył Zeartula ze strzelbą. Był administrator strzelił rozpoławiając Zela. Jego ostatnią miną było nieskończone zdziwienie.\nZeartul doskoczył do Szoferki i złapał ją w ramiona nim upadła. Spojrzeli sobie w oczy.\n– Chciałam jeszcze przed śmiercią... zapierdolić Ptokowi i paru innym osobom... – wyszeptała.\nNastępnie poszła do piekła.\nKiedy walki się skończyły, ciało ZelDeleta podrygiwało w dziwnej częstotliwości. Coś nagle wyskoczyło z jego żołądka. To Ziemniak, ale bardzo dziwny.\n– On ewoluuje – stwierdził sir Damiinho. – Ciekawe tylko w co.\nFaktycznie artefakt zaczął zmieniać postać. Syczał wydzielając gęsty dym. Wraz z głośnym trzaśnięciem z zasłony wyskoczył Hani.\n– Tadaaa!!!\n– Hani, ty przez cały czas byłeś tym Świętym Ziemniakiem? – spytał ktoś.\n– Tak, przez cały czas – stwierdził wesoło. – Nie miało to sensu, ale... who cares.\nNad nimi zjawił się Cienisty Płetwal. Otoczenie zafalowało, aby później zostać wciągnięte w paszczę tego stwora.\n\n4chanowe halucynacje\n\nSir Damiinho obudził się na łące. Obok leżał hrabia Wasilij, Chommik i... Ptok. Ten ostatni siedział z bardzo smętną miną.\n– Ptok, ty chyba miałeś nie żyć – stwierdził Dami.\n– Wiesz gdzie jesteśmy? – spytał Bentoniczny. – To 4chan – tutaj wszystko jest żywe, a od kiedy pojawił się ten Cienisty Płetwal, nikt nie ginął tylko zjawiał się w tym miejscu.\nOcucili Wasyla i Chommika. Razem ruszyli w drogę. Opuścili nasłonecznioną, sielską łąkę, aby wejść wprost w ciemny las.\n– Ja nie wchodziłbym do ciemnego lasu, szczególnie w 4chanie – powiedział Wasyl.\nA jednak podążył za resztą. Gdzieś tam spotkali Kinrepoka, który również się zgubił. Przeszli wąską ścieżką między krzakami, z niesamowitym uczuciem, że ktoś ich śledzi. Tuż na skraju puszczy stała sobie chatka. Z pewnymi obawami podeszli bliżej. Wtedy drzwi otworzyły się, a ze środka wyjechała lalka, która zaśpiewała;\n\nWitajcie nam o mili goście, z daleka pewnie przybyliście.\nUsiądźcie zatem razem z nami, pośpiewamy, pojemy sobie sami.\nA gdy sen was zmoże potężny, wówczas w łożu...\n\nCałej piosenki nie przesłuchali, bo lalka zaiskrzyła i zamilkła. Przedstawiała blondwłosego chłopca, o groteskowo dużych, niebieskich oczach. Ubrany w jakieś bawarskie ciuszki. Ręce zamarły w geście zaproszenia. Weszli do środka. Tam było jeszcze kilka lalek, które zapraszały ich.\n– Hej, Nonsensofags! – krzyknęła marionetka ubrana w szykowny mundurek. – Może usiądziecie z nami do stołu? Rozgośćcie się.\nZasiedli przy stole, który dosłownie uginał się od potraw. Chommik z podejrzliwością obserwował potrawy. Dopiero Kinrepok sięgnął po kacze udko i ugryzł kawałek. Chwilę żuł, mlaskał, a potem popił sokiem pomarańczowym. W końcu przytaknął z uśmiechem. Marionetki zaczęły klaskać.\n– Jedzcie, jedzcie, Nonsensofags! – mówiła witająca lalka.\nZabrali się za ucztowanie.\n\nNa szczycie samotnej góry. Exe19 siedział na przeciwko tajemniczej postaci ukrytej pod ciemnym płaszczem. Przed nimi stały rozłożone szachy.\n– A więc przyjmujesz zakład? – zapytał zakapturzony starzec.\n– Tak – odpowiedział zdecydowanie Exe.\n– Zatem... za każdy zbity przez ciebie pionek, jedna osoba ginie w okrutnych mękach, a gdy ja zbiję twój pionek... ratuję jedną osobę z niebezpieczeństwa.\nZaczęli. Exe grał czarnymi, a tajemnicza postać białymi. Pierwsze minuty zleciały na pierwszych ruchach i powolnym rozpracowaniu strategii. Lecz nagle Przedszkolak zaatakował, zbijając jeden z pionków.\n\nKinrepok zaczął się krztusić. Z ust pociekła mu ciemna krew. Ptok wstał szybko i wyrwał Nonsensopedyście resztę jedzenia. Rozdrobnił, co ujawniło interesującą zawartość – gwoździe.\n– Haha, wiedziałem, że któryś z Nonsensofags da się nabrać na tą pułapkę – zaśmiały się marionetki.\nWasyl zmiażdżył głowę jednej z nich. Lecz powoli reszta zbliżała się w ich kierunku.\n– Gdzie uciekacie? Musimy się pobawić...\nJednak Ptok, hrabia Wasilij, Chommik i sir Damiinho umknęli szalonym marionetkom zostawiając umierającego Kinrepoka.\n\nHolly Blue biegła przez las z zawziętą miną. Coś wyraźnie ją śledziło. Musiała czym prędzej znaleźć bezpieczniejsze miejsce, bo w kościach wyczuwała, że to coś niesie za sobą coś gorszego niż śmierć.\nZwiększyła tempo. Napiłaby się krwi. Takiej świeżej, prosto z młodego dzieciaka. W tym zamyśleniu prześladowca zapędził ją w ślepy róg. Teren otoczony został wysoką siatką z drutem kolczastym. Holly odwróciła się szybko, szykując na najgorsze.\nZ krzaków wyszedł niedźwiedź. Czy może raczej sympatyczny misiak?\n– Dziewczynko, loli, zgubiłaś się? – spytał.\nDrobnymi kroczkami dążył w jej kierunku.\n– Nie potrzebuję żadnej pomocy! – odkrzyknęła Holly.\nNie mogła cofnąć się dalej. Stała już przy siatce.\n– Nie martw się – mówił dalej niedźwiadek. – Zaopiekuję się tobą.\nA potem rzucił się z lubieżnymi zamiarami w stronę bezbronnej. I wszystko skończyłoby się bardzo źle, gdyby nie białe światło. Pedobear zasłonił oczy, syknął, wreszcie uciekł z krzykiem w zarośla. Holly uklęknęła jakby zmuszona podświadomie. Oto kroczyła w jej kierunku istota, która prawdopodobnie była Jezusem.\n– Dziękuję, że mnie uratowałeś... – zaczęła Blue.\nJezusem z głową dinozaura. Paszcza otworzyła się w okropnym krzyku, a następnie zjadła głowę wampirzycy. Jej korpus upadł na trawę.\n– Funny, lol – powiedział Raptor Jesus.\nKiedy odszedł, z krzaków znów wyłonił się niedźwiadek. Machnął pięścią uradowany;\n– Wreszcie!\n\n– Niesamowity combos – rzekł ucieszony Exe. – Najpierw ja zbiłem ci pionka, teraz ty i znowu ja!\n\n– No pięknie! – krzyczał Ptok. – Trzeba było mnie słuchać!\nTrafili do dziwnego labiryntu. Krążyli w nim od kilku dobrych godzin.\n– Kiedyś stąd wyjdziemy – rzekł pogodnie Damiinho.\nUsiedli pod żywopłotem. Chommik zaznaczał ich drogę kawałkami jedzenia. Zadbał o to, by nie stało się czyimś pożywieniem, nasączając każdy kawałek roztworem kwasu siarkowego, dzięki czemu drogę ewentualnie oznaczą leżące trupy.\n– A gdyby tak... zniszczyć żywopłot? – zaproponował.\n– Mogę zamienić się w ptaka i zanieść was ponad labiryntem – dodał Ptok.\nSpojrzeli na niego. Bentoniczny zrozumiał tekst, który niosło ich spojrzenie. Nie czekając długo zmienił się w żurawia i na grzbiecie poniósł ich wysoko w przestrzeń. Przelecieli ponad labiryntem, ciągnącym się przez ogromny teren. Wylądowali w miejscu wyjścia, do którego zresztą nie doszliby konwencjonalnym sposobem, bo nie prowadziła doń żadna ścieżka. Ptok znów stał się ludzką formą, ponieważ transport tylu osób źle wpływał na jego kręgosłup.\n\nExe i starzec grali na tyle sprytnie, że kolejka trwała pół godziny. Od jakiegoś czasu nie zbili sobie pionków. Nagle w ich pobliżu znalazł się Musialmati.\n– Cześć, w co gracie? – spytał.\n– Jak się tu znalazłeś? – starzec spojrzał na niego podejrzliwym wzrokiem.\n– Szachy, jakie ładne! – zignorował pytanie tajemniczego jegomościa.\nPotknął się, wpadł na planszę i zrzucił ją. Pionki rozsypały się dookoła.\n– Cholera! – krzyknął starzec. – Jestem twórcą 4chana, żądam szacunku!\n– Ty? A nie czasami ten cały moot? – spytał Musiał.\n– Nie, to tylko moja pacynka – stwierdził twórca 4chana.\n\nMarian, Porost, Somar, Exizu, Kompressor, Tespis i paru innych ze zdziwieniem oglądało karnawał w środku tego miasta. Mieścinę zamieszkiwały koty, które teraz tańczyły na tylnych łapach i strzelały z confetti.\n– Stary... w życiu nie widziałem nic tak pojebanego – stwierdził Marian88.\n– Ja widziałem, ale to bije wszystko – dodał Kompressor.\nKoty tańczyły wokół nich, tworząc pierścień.\n– Hmm, dzisiaj jest Caturday – rzekł Somar spoglądając na zegarek.\nGdzieś rozległ się wybuch i paniczne miauczenie. To Tespis nie wytrzymał i strzelił w beczkę z olejem. W ulicy utworzył się lej po wybuchu. Wokół leżały zmasakrowane zwłoki kotów. Jeden z przetrwałych, któremu wybuch oderwał połowę korpusu, czołgał się w stronę Somara z cierpiętniczym wzrokiem wlokąc za sobą wnętrzności. Czarnoksiężnik odepchnął kota butem i splunął.\n– Musimy dokończyć, to co zaczęliśmy – oznajmił.\nWszyscy zabrali się do likwidacji kociego miasta. Likwidowali całe budynki, gdyż ich moc była wielka. Kocie trupy mieszały się z pyłem wieżowców. W powietrzu unosił się zapach kuwet, krwi i futra. Exizu przyzywał na ten teren ptaki, wygnane stąd wiele lat temu. Skvarlih przyzywał szczury, które również szukały na kotach wendety. Ronald Socha trochę litował się nad nimi, ale również niszczył.\nZ jakiegoś powodu zaplątał się tam Diabełko. Nie chciał mieć z przemocą nic wspólnego, dlatego teraz siedział skulony z dłońmi na uszach. Dopóki nie trafił w jego głowę odłamek kamienia. Teraz zdał sobie sprawę kim jest naprawdę.\n\nObrazy. Słowa. Szatan. Krew. Czarna msza. RedTube. Jedzenie kotów. Geriatryczny metal. Czerwony pentagram.\n\nOdrodzony Diabełko mógł dołączyć do ekipy Nonsensopedystów, a przy okazji zyskał darmowy posiłek. Wówczas na horyzoncie pojawił się gigantycznych rozmiarów kot.\n– To Longcat! – krzyknął Tespis.\nLoncat zniszczył generała laserowym wzrokiem. Następnie zgładził w ten sam sposób Ronalda Sochę oraz Ziabojlera. Nonsensopedyści rozproszyli szyki. Schowani za ruinami budynków i zwałami zwłok kotów unikali śmiertelnego spojrzenia Longcata. Do jego zniszczenia użyto umiejętności Porosta i Mariana. Epidemiolog stworzył nowy gatunek wirusa zabijającego koty, a Porost utworzył ze swoich imienników kulę. Tak stworzony pocisk należało wystrzelić. Posłużyła do tego magia Somara. Siła kuli rozerwała niemalże Longcata, a przy tym uniemożliwiła regenerację. Z demonicznym miauknięciem padł na pozostałe budynki.\nPo skończonej rzezi, do Somara i Kompressora podeszli przedstawiciele Gryzonii i Ptaków.\n– Dziękujemy za waszą pomoc – rzekły. – Teraz możemy zbudować nowe miasto, które będzie dla nas rajem.\nNonsensopedyści odeszli z poczuciem spełnionej misji. Kocie czaszki suszyły się na słońcu.\n\nCerber i Kracok medytowali na skraju klifu. Pod nimi rozciągał się ocean. Wokół nich latały dusze przodków.\n– Najważniejsze to wydobyć z własnego wnętrza pierwiastek duchowy... – mówił Cerber.\nLecz medytacja została brutalnie przerwana. Na motorach nadjechała dwójka Nonsensopedystów. Był to Serscull i Bart–W.\n– Cerber, Kracok! Musicie nam pomóc! – mówił szybko Serscull.\nOd strony oceanu nadleciały dwa Tie–Fightery, które z laserowych pocisków ostrzelały klif. Cerber i Kracok doskoczyli do motorów. Uciekli przed Tie–Fighterami, lecz to było złudne wrażenie. Dwa latające pojazdy dotrzymywały im prędkości, a przy tym bez ustanku atakowały. Tuż przed jaskinią zatrzymali motory.\n– Wy uciekajcie, ja się nimi zajmę – powiedział Bart–W.\nWłączył miecz świetlny czerwonego koloru i ze złym uśmiechem czekał na pojazdy.\nW jaskini Serscull poprowadził dwójkę. Na samym końcu znajdowało się wejście do czegoś na wzór opuszczonej fabryki. Tam stał samotnie Misiek95. Cerber miał coś powiedzieć, ale Nonsensopedysta przytknął palec do ust. Wskazał w głąb szybu.\nNa dole ktoś warczał i rzucał się. Ta istota nagle wystrzeliła w ich stronę. Niektórzy ją znali – Boxxy, dziewczyna, która niszczyła każdą rzecz w promieniu pięciu metrów. Skoczyła na Miśka, lecz ten uniknął ataku.\n– Powinniśmy cię zostawić, ale... – mówił Cerber.\nKracok chwycił Boxxy za ramiona odciągając do tyłu. Ona jednak odrzuciła Nonsensopedystę. Zawarczała, chwyciła Cerbera. Nie zauważyła, że trzyma w rękach sarmacką szablę. Zagulgotała, po czym opadła w głąb szybu.\n– Teraz tłumacz się – Cerber chwycił Miśka za kołnierz.\n– Sytuacja uległa zmianie, teraz musimy pracować razem – mówił.\n– Ma rację – dodał Serscull.\nZ jaskini wyszedł osmalony Bart–W prowadząc ze sobą Towarzysza Alchemika.\n– Z tą ekipą możemy wyruszyć dalej – powiedział Towarzysz. – Wiem, gdzie jest wyjście. Słyszeliście o Jedynej Górze?\n\nSir Damiinho wesoło krzyknął, gdy Wasilij krzyknął „IMMA FIRIN' MAH LAZOR!”. Ta moc służyła do rozwalenia wielkiej bramy chroniącej wyjścia na wysoką górę. Jedyną na terenie 4chanu. Hrabia poruszał trochę szczęką, bo właśnie z niej strzelił promieniem. Ptok przytaknął, a przy tym stwierdził, że sam zrobiłby to lepiej. Weszli czym prędzej górską ścieżką, lecz nie zaszli daleko. Drogę blokował brodaty jegomość w pełnej zbroi.\n– Niech najdzielniejszy z was pokona mnie, a wówczas was przepuszczę – ogłosił.\n– Ja się z tobą zmierzę – uśmiechnięty Damiinho Alourus de Pertzivall wyszedł przed strażnika.\nMężczyzna zaśmiał się, ponieważ był dwukrotnie wyższy od swego przeciwnika.\n– Ciekawe... sprawdźmy ile masz mocy – mówił zakładając fioletowy okular.\nZdębiał;\n– Ponad dziewięć tysięcy!!! – wrzasnął.\n– Dziewięć tysięcy?!! – odkrzyknęli towarzysze sir Damiinho.\n– Bzdura i tak będę z tobą walczył – sapnął wojownik. – Broń się!\nZamachnął się toporem. Dami z łatwością wstrzymał ostrze we własnej ręce. Ścisnął i topór pękł na kawałki. Pokazał język.\n– Jak? Jak? – szeptał strażnik.\nSir Damiinho wzruszył ramionami.\n– Nie lubię się chwalić.\nOczywiście wojownik przepuścił ich grupę. Na górze znajdowało się mnóstwo Nonsensopedystów. Założyciel 4chana machnął ręką;\n– Jeszcze parę twarzy i mogę was odsyłać.\n\nJeremy Kowalsky toczył osobisty bój z Adolfem Hitlerem. Dyktator siłą woli przenosił przedmioty, Jeremy musiał ich unikać. Jak dotychczas nazista nie pozwolił mu na inicjatywę.\n– Zapłacisz za wszystko, jebany naziolu – wysyczał Kowalsky.\n– Czyżby, Żydzie? – zapytał szyderczo Hitler.\nSkoczył z pazurami w stronę Kowalskiego, lecz judemanta strzelił jakimś czarem i Adolf krzyknął.\n– Moi poddani zajmą się tobą, parchu! – zagroził.\nCoś zmiażdżyło mu głowę. Był to fortepian, który Hitler wyrzucił wcześniej, aby zatłuc Kowalskiego, a wyszło mu to średnio. Nad trupem Hitlera stanął Amoniak, którego zwabiły odgłosy walki i hasła polityczne.\n– Widzę, że ładnie sobie poczynasz, towarzyszu Kowalsky – rzekł z uśmiechem alchemik.\nJudemanta tylko się uśmiechnął. Amoniak wypił coś z małej buteleczki.\n– No dobrze, musimy iść w stronę jakiejś góry – mówił. – Dostałem taką informację od Vae.\n– Zatem chodźmy... – szepnął Jeremy.\nAmoniak poczęstował go nalewką własnej roboty. Kowalsky parsknął głośno i kaszlał jeszcze przez całą drogę. Źle reagował na metale ciężkie.\n\n– RAAAAAATUUUUUUUUUNKUUUUUU! – krzyk przetoczył się przez górski szczyt. – Biją mnie Niemcy! Ratujcie mnie!\nTo Hani uciekał przed wyimaginowanymi przeciwnikami. Usiłował mu pomóc Hygas, lecz spadł w przepaść strącony przez Haniego. Przez chwilę niósł się echem okrzyk FFFFFFFFFUUUUUUUUU--. Dlatego stojący w pobliży Ełek i Kubboz nie kwapili się z pomocą.\n– Jak myślisz, czy powinniśmy mu pomóc? – spytał Ełek.\n– Stwierdzenie: może samo przejdzie.\nNadszedł Artur z Szoferką i Zeartulem.\n– Cóż to? Hani znowu odgrywa dziwne przedstawienie? – spytała Szoferka.\n– Tak.\n– Zostawcie go, sam się wyleczy, albo nie wyleczy się w ogóle.\nOchoczo dołączyli do biurokratów. Szoferka sama odnalazła Zeartula i Artura. Uwięził ich szalony czarodziej, którego nazywano Blood Ninja. Tajemną formułą I put on my robe and my wizard hat niszczył szare komórki ofiar. Pokonanie go, nie należało do zbyt łatwych.\n\nDel Pacino, Michalwadas, Nini i Lusia Pazurek stanowili odrębną grupę, która dla odmiany skończyła na bezludnej wyspie. Po kilku godzinach pobytu, wpadli w drobny niepokój. Michalwadas już wyimaginował swojego towarzysza, Nini budowała tratwę, a Del Pacino siedział z pistoletem w rękach i myślami samobójczymi w głowie. Jedynie Lusia zachowała zimną krew. Układał z kamieni napisy „Help”, a także zbudowała szałasy do schronienia się.\nBędąc w lesie natrafiła na samotnego metala.\n– Cześć, jestem Headbanger – przedstawił się.\n– O, też zjawiłeś się na tej 4chanowej wyspie? – spytała Lusia.\n– Nie, ja tutaj mieszkam – oznajmił Headbanger.\nPazurek cofnęła się.\n– Mieszkasz... tu?\n– Jasne, od paru lat. Świetna okolica, niezły dojazd... – wymieniał.\nLusia uciekła z lasu z krzykiem i natychmiast dołączyła do Nini przy budowie tratwy. Jednak Headbanger nie dawał za wygraną. Przybiegł za nią i zaczął opowiadać jakieś dziwne historie. Potem pytał się Del Pacino o orientację seksualną. Na koniec stanął na głowie i złamał sobie kark.\nPo dwóch godzinach zostali przyzwani przez Terrapodiana, który ukończył godzinę wcześniej kurs teleportacji. Akurat w ostatniej chwili, ponieważ cała czwórka zaczęła wariować.\n\nStarzec stanął na kamieniu i mówił;\n– Oto zjawiliście się w krainie 4chanu, by zderzyć się z własnymi fobiami. Potraktujcie to jako test. Jeśli tu jesteście, to oznacza, że test zdaliście na ocenę celującą i możecie wracać spokojnie do domów. Natomiast ci, którzy tutaj z jakiegoś powodu nie dotarli, również wrócą, ale nie tak udoskonaleni duchowo.\nChwycił za kaptur. Ściągnął go z głowy. Nonsensopedyści byli zszokowani tym, co zobaczyli.\n– Przecież to Kicior!\n– To prawda, ja stworzyłem 4chan – powiedział Kicior99. – I to ja was tutaj przyzwałem.\n– Wow, nie wiedzieliśmy o tobie takich rzeczy – stwierdził Misiek.\n– Doprawdy? – spytał Kicior. – A pytaliście się kiedyś? Znam ponad trzy miliony języków, wszelkie tajemnice Wikipedii, oraz założyłem 4chan. Myślę, że to całkiem niezłe osiągnięcie.\nCzęść przytaknęła.\n– Cóż, nie powiedziałem jeszcze paru rzeczy – kontynuował. �� Między innymi jestem prawie Bogiem, ale to akurat drobnostka. Na razie chciałbym, abyście znów wrócili.\nPstryknął palcem.\n\nEpilog\n\nLevel123 siedział sobie w fotelu na stacji kosmicznej. Popijał spokojnie kawkę i obserwował monitory, które jednoznacznie wskazywały, że nic się nie dzieje. Ot, kolejny nudny dzień w pracy. Wtedy włączył się alarm czerwony.\n– Halo Ziemia! Halo Ziemia! – krzyczał przez komunikator.\nNo nie, wszelkie informacje z kosmosu trafiają na Ziemię z opóźnieniem – pomyślał.\nWrócił do sprawdzania źródła alarmu. Nigdy jeszcze nie widział czegoś podobnego. To ogromna flota statków kosmicznych zbliżała się w kierunku Ziemii. Tylko skąd? Jak? Kosmos wydał się nagle Levelowi strasznie mały.\n\nWszyscy znaleźli się na zrujnowanym dziedzińcu Nonsensopedii. Ta ogromna masa ludzi jęczała i wyklinała.\n– Cholera! Teraz co?! – krzyknął wściekły Wasilij.\nWówczas na niebie ukazały się statki kosmiczne. Ogromna liczba. Prawdziwa międzygalaktyczna flota.\n– Znam te statki! – ogłosił SkywalkerPL. – To Międzygwiezdni Wandale!\nJednak do ataku nie doszło. Rozległ się jedynie głos przywódcy;\n– Słuchajcie mnie, o, Nonsensopedyści! Słyszałem jaki los spotkał mych pobratymców. Dlatego nadchodzi wielka, straszna zemsta. Padnijcie na kolana i módlcie się!\nPotem flota ruszyła w rozproszeniu w różne kierunki świata. Po chwili zamieszania, na resztkach fontanny stanął sir Damiinho.\n– Uwaga, bracia i siostry! Ogłaszam mobilizację. Wojnę totalną na morzu, lądzie i w powietrzu. Ale kulturalnie, bez kłótni, flamewarów i trollingu.\nTak oto zaczął się Tydzień Radosnej Eksterminacji.\n\n– Opuszczacie nas w takim momencie? – spytał sir Damiinho z lekkim smutkiem w głosie.\n– Niestety, już raz obiecałam, że tu nie wrócę – mówiła Szoferka.\n– Ja też nie mam czego tutaj szukać – dodał Zeartul. – Wy, młodzi, budujecie własną wizję Nonsensopedii.\nSzoferka pochyliła się i ucałowała Damiego w czoło.\n– Trzymajcie się, skurwysyny! – krzyknęła na odchodne.\nBiurokrata odwrócił się w stronę Miśka.\n– A ty nie pamiętasz co miałeś robić? – spytał.\nPrzedszkolak parsknął ze złości, ale chwycił za szpachelkę i zaczął rozprowadzać cement. Prace remontowe opierały się na charytatywnej i ochotniczej pracy całego miśkowego Przedszkola.\n\nTerrapodian bezgłośnie skradał się do bazy Wandali. W obu dłoniach tykały bomby czasowe. Nagle przypomniał sobie o czymś. Wyciągnął notes, sprawdził dzień dzisiejszy i uderzył się w czoło.\n– No tak, miałem pomóc Kompressorowi przy tej całej superbroni!\nBomby czasowe tykały i nagle umilkły.\n– Ojej... – szepnął Terrapodian.\nWybuch był słyszalny w odległości 50 kilometrów. Co ciekawe, po dwóch dniach Terrapodian stawił się w pracy.\n\nPtok i Cerber siedzieli na przeciw siebie. Ich miny zdradzały skrajną nienawiść, ale taki cel postawił sobie Artur von Fornal. Za pomocą mocnych elektrowstrząsów uczył ich pokojowych zachowań wobec siebie i stosowanie jedynie konstruktywnej krytyki.\n– Ty tępy bucu! – nie wytrzymał Cerber.\nArtur nacisnął guzik i przez UPRowca przepłynął mocny impuls elektryczny. Cerber zadygotał, a potem opadł na siedzenie ze śliną na brodzie.\nVon Fornal już przy projektowaniu tego rozwiązania wiedział, że to będzie bardzo żmudny i długi proces.\n\nWasilij wraz z Diabełkiem prowadzili dywersję na tyłach armii Wandali. Ten drugi radośnie zakończył z życiem po utracie pamięci. Znów był aroganckim, bezczelnym młodzikiem, który za pomocą wideł siał zniszczenie w bazach gwiezdnych przybyszy.\nNatomiast hrabia Żygutek w ogóle się nie zmienił. Chociaż wcześniej wycofano podejrzenia o chorobie psychicznej.\nW tej chwili znaleźli się porwani przez Wandali w jednej z ich baz.\n– No to teraz was zabijemy – stwierdził z uśmiechem dowódca.\n– Oj, chyba nie – odrzekł Wasyl.\nWyrwał rękę ze sznurów i wyciągnął z kieszeni buteleczkę z gęstym płynem. Specjalny dar od Amoniaka. Poczuł przypływ sił. Podrzucił flaszeczkę Diabełkowi. W tym stanie zrobili w bazach Wandali prawdziwą masakrę.\nNigdy nie dowiedzą się, że magiczny płyn Amoniaka, to tylko zwykły sok porzeczkowy. Amoniak założył się z Towarzyszem Alchemikiem o granice efektu placebo. Wygrał.\n\nZeartul stał na dziobie statku płynącego do południowej Ameryki. Wpatrywał się w zachodzące słońce. Będzie tęsknił za Nonsensopedią.\n\nPierwsze spotkanie Administratorów odbyło się w bardzo hucznych okolicznościach. Sir Damiinho nie uczestniczył w obradach. W tym czasie siedział w swoim pokoju i odpoczywał z mokrą szmatką na głowie. Po kilku godzinach przyszedł go odwiedzić Hani. Zapukał cicho, a gdy usłyszał zezwolenie wszedł.\n– Słyszałem, że źle się czujesz – powiedział cicho.\n– Jestem... po prostu zmęczony, ale kiedy tylko sobie wypocznę, to wrócę do pracy – odpowiedział nie ściągając szmatki z oczu.\n�� Dobrze, to nie będę przeszkadzał.\n– Hani, znormalniałeś? – spytał Dami.\nPrzez chwilę panowała cisza.\n– Nie! Hahahaha! – śmiał się Hani.\nSir Damiinho poczuł jak na twarz wylewa mu się zawartość jego akwarium. Nie złościł się. Nie miał na to serca.\n\nEłek spacerował boso plażą. On też zrobił sobie wolne. Vae jeździł na rowerze po jakichś górach, Artur latał w kosmosie własnoręcznie zbudowanym pojazdem kosmicznym, a Kracok opalał na Maderze. Rozmyślania przerwał mu Del Pacino.\n– Hej, Ełek! Chodźmy się trochę rozerwać. Może zniszczymy wandalską wioskę niedaleko? – proponował.\n– Czemu nie...\nTak zawsze postępowali wojownicy – nie odmawiali walki.\n\n– Myślę, że piekło byłoby lepsze – mówił ZelDelet.\n– Nie narzekaj – odpowiadał Kicior. – Choć pogramy w go.\nZel rzucił planszą do go i zaczął wrzeszczeć.\n– Nie chcę żadnych gier, staruchu! Chcę wreszcie pójść do piekła!\nKicior pokręcił głową.\n– Rozumie twoje rozterki...\n– Nic nie rozumiesz! Jesteś głupcem...\n– Nie jestem głupcem – odpowiedział spokojnie Kicior. – Jestem boskim stażystą.\nZel głośno płakał.\n\n– Piękny koniec, pięknego dnia – szepnął Damiinho susząc się na balkonie.\nJutro znów czeka go praca, ale da się to przeżyć. W końcu poświęcił się temu i przyrzekał, że nie opuści jej aż do śmierci. Tuż obok niego stanął Michalwadas.\n– Dami, siedzisz tutaj cały czas. Może chcesz się rozerwać?\nPodał mu wizytówkę. Damiinho pokazał język.\n\nDodatek specjalny: Opera!\n\nCzy wszyscy już zajęli miejsca? Dobrze. Zatem witam wszystkich na specjalnym przedstawieniu. Niektórzy Nonsensopedyści przygotowali specjalny performance, który teraz zaprezentują. Wszystko to oczywiście w operowym stylu. Witam zatem w pierwszej edycji Opera Nonsensopedica!\n\nMonolog Ptoka do czaszki\n\nŚpiewa z czaszką w ręku. Na sobie ma worek pokutniczy. U stóp leży włosiennica. Muzyka gra na razie cicho.\n\nAch! Kolejny cios, chyba ten ostaaaaaaatniiiiii!\nCzyż ślepi ludzie jesteście, czy nie widzicie...\nJak... Dlaczego... Pytania, słowa i westchnieniaaaaa!\n\nMuzyka głośniejsza, jaskrawe światła na scenę.\n\nPrzecież jestem taaaaaaaaak zajeeeeeeebiiiiiiiistyyyyyyy!\nSwe myśliiiiii i słowaaaaaaaa, swą kreeeeeeeew i łzy!\nDooooooooceeeeeeeeńcie mą praaaaaaacę, ukojcie mnie do snu!\nNiech waaaaaaaaasz szaaaaaacuuuuuuunek daaaaa mi seeeeeeeeeeeeens!\nNiechaj jaaaaaaa poeeeeeetaaaaaa, ze dwojej złożony natury, chcę wzleeeeeeeeecieć wzwyż, taaaaaam gdzie ambicji mej dooooom!\nWaaaaaasz podziw mą siłą, pogaaaardaaaaaa cierpieniem, błaaaagaaam doceeeeeeeeeeeńcieeeeeeee wreeeeeeeeeeszcieeeeee mnieeeeeeeeeeeeeee...\n\nZnów cicha muzyka\n\nCzy bawi was wbijanie szpil w moje serce?\nCzy to zazdrość wlewa gniew w wasze mózgi?\nPoooooowiedzcie! Powiedzcie proszę... skąd...\n\nZnów głośniej\n\nPłaaaaaaaacz, Nooooooooonsoooooo, twój kooochany ginie!\nNiech słoooooooońce ukryyyyyyyjeeeee swe licoooo, gdy ginę!\nA na mym groooooooooobie zasaaaaaaaaadźcieeeeee proszę lilie!\nOtoooooooo Ptooooooooook opuszcza ziemię twąąąąąąąąąąąąąą!\n\nTanie dranie\n\nTanie dranie w wykonaniu Mariana88 i Porosta.\n\nMy jesteśmy tanie dranie,\nDranie tanie niesłychanie.\nNie potrzeba mnożyć zdań,\nBy powiedzieć, czym dla pań\nI dla panów tani drań.\n\nZa makabrę drobną, proszę\nPani, płaci pani grosze,\nI za makabrę większej skali\nBudżet panu nie nawali.\nStosujemy zniżek system\nZa abonamenty świństew.\nKto rąk nie chce kalać, zań\nJe pokala tani drań.\n\nRefren\n\nWyrywanie zębów gąbką,\nWzbijanie ciśnienia pompką,\nPatroszenie dzieci trąbką,\nWybijanie wrogów rączką,\nWywiercenie dziury w głowie,\nBrzydkie czyny po odmowie,\nUsuwanie zbędnych pań\nWykonuje tani drań.\nRefren\n\nZarażenie ludzi boreliozą,\nKiłą, kandydozą, brucelozą,\nDżumą, odrą, durem, SARS,\nTo potrafi każdy z nas.\nDelikwenta nożem pociąć, przy maluchach głośno zakląć.\nCałą listę takich dań\nOferuje tani drań.\n\nWielka Improwizacja Artura Von Fornal\n\nPanuje całkowita ciemność. Artur samotnie klęczy pośrodku sali i wznosi twarz ku górze.\n\nŚwiatło... światło i ciemność...\nOd lat widziałem tą walkę.\nMam ją w dupie... tak... lecz cóż to znaczy?\nCóż znaczy mieć w dupie wartości moralne...\nSystemy filozoficzne są dla mnie niczym więcej niż do dupy.\nDlaczego Fryderyk Nietzsche sięga wręcz jelita?\nDlaczego Artur Schopenhauer znaczy dla mnie tyle, co papier toaletowy?\nWidzieć i słyszeć. Słyszeć i widzieć. Czuć cierpienie i ból.\nCzy jednak nasze żywota są do dupy?\nWidzę wielką dupę, która unosi się ponad losami świata.\nMogę ją dotknąć, sięgnąć po nią i poczuć nieskończoność.\nBo cóż znaczy sens życia, te wszelakie problemy moralne?\nCzy jest to coś o wiele ważniejszego niźli... dupa?\nJeśli tak, to dlaczego ludzie tak dbają o dupę?\nDlaczego nie chcą jej stracić?\nCzy znacie kogoś, kto powie; mogę w każdej chwili stracić dupę?\nDla mnie takie problemy i zagadnienia jak nadczłowiek, są wyciągnięte z dupy.\n\nOrkiestra zaczyna grać \"Lot Walkirii\" Wagnera. Artur kontynuuje wywód.\n\nLecz znam coś ważniejszego od dupy! To Nonsensopedia!\nTak... To ona nadaje sens moim czynom, moim zmysłom!\nI jestem gotów poświęcić swe życie dla niej i dla niej utnę sobie rękę i nogę naprzemianlegle.\nNie obchodzi mnie bauns, memy, skakanie na główkę do wody po pijaku.\nNonsensopedia. Jedynie Nonsensopedia!\nI czuję wielkie wzruszenie gdy o niej myślę.\nI serce me szybciej krew pompuje.\nI widzę ostrzej!\nI moje mięśnie produkują więcej kwasu mlekowego.\nTyś Nonsensopedio jest moim pokarmem i napojem.\nTyś dla mnie polami elizejskimi.\nDobra, dość tego dobrego, idę do domu.\n\nWychodzi\n\nPieśń oskarżycielska\n\nPieśń w wykonaniu hrabiego Wasilija Żygutka. Stoi samotnie z mikrofonem na stojaku. Światłą padają na niego.\n\nZrobili ze mnie świra...\nZrobili ze mnie świraaaahaaahaaa...\nA ja nie mogłem się bronić...\nBo nie znałem zamysłu autoraaaoaoaa...\n\nDołącza do niego Diabełko. Śpiewa solo.\n\nZrobili ze mnie katolika...\nZrobili ze mnie katolikaaaaahaaahaaa...\nA ja nie mogłem się bronić...\nBo nie znałem adresu autoraaaoaoaa...\n\nDołącza do nich Hani. On też śpiewa solo.\n\nZrobili ze mnie błazna...\nZrobili ze mnie błaznaaaaahaaaahaaa...\nA ja nie mogłem się bronić...\nBo nie znałem zamysłu autoraaaoaoaaa...\n\nŚpiewają razem tenorem.\n\nDlaczego ktoś nas oszukał?\nDlaczego ktoś na wychujał?\nChcieliśmy być sławni.. ej...\nA skończyło się jak zawsze...\n\nWasyl śpiewa solo w stylu Ryszarda Riedla fałszując\n\nWhisky moja żono... tyś najlepsza z dam\nJuż mnie nie opuścisz, nie będę nigdy sam.\nKtoś mnie wykiwał w historii, może to ja sam.\nLecz liczę, że tym razem, przyjmie mnie mnóstwo daaam...\nPrzyjmie mnóstwo dam.\n\nDiabełko śpiewa solo w stylu goregrind\n\nGhhhrghrhhhaaa, warghhhhhhhh, ungh, gha, ghaaaaaa!\nMassacreghruttthghraaargh!!\nWargh sarrrrgh, hhhhlaaaaghlllalllll!!!\n\nHani śpiewa głosem Luciana Pavarottiego\n\nNiech dorwę w ręce tego co to zamieścił, wyskowyczy cały monolog cierpienia, drań!\nA jego kreeeeew, zabaaaaaarwi nasze ciaaaałaaaa...\nI jego mózg, zabaaaaaarwi nasze twaaaaaaaarze...\n\nZnów razemNasza zemsta będzie słoooooodka, oj słodka!\nI pożałuje, że nas wychuuuuuuujaaaaał!\n\nPiosenka kinderrockowa\n\nZespół żywcem wydarty z Camp Rock. Na wokalu Holly Blue, na gitarach Misiek, Sir Damiinho, Level123. Na perkusji Szoferka. Na klawiszach Porost.\n\nJesteśmy zajebiści, hej!\nJehehehej!\nKażdy kto źle myśli będzie,\nJehehehej!\nRozjebany, że hej!\n\nNagle wpada Pippo. Półnagi. Muzycy grają szybciej, coś na wzór starego, dobrego punk rocka. Pippo rozbija sobie na dzień dobry głowę mikrofonem i stojakiem uderza najbliższą widownię.\n\nWandale, you gonna get raped!\nRozwalimy wasze czaszki,\nPosiekamy wasze ciałka,\nWytarzamy się we flakach.\nWoah!!! Wandalich flakaaaach!!!\n\nTarza się po scenie. Łamie sobie rękę.\"\n\nWandale, you gonna get raped!\nJesteście kompletnym zerem,\nGorsze niż robaki,\nPsy, kurwa, z kloacznego dołu.\nWoah!!! Kloacznego doooołu!Łamie sobie obie nogi, drugą rękę i rozbija łuk brwiowy.''\n\nWandaleeeee! You gonna get raped!!!\nRaaaaaapeeeeeed!!! WOAAAAAAAAAAAAAAAAAAH!!!The End'\n\nNonsensopedia – początek\nNonsensopedia II – Bluźnierczy kod\nNonsensopedia III – Koniec\nNonsensopedia – The Next Generation\nNonsensopedia Special – Tydzień dla dyrektora\nKroniki Nonsensopedii cz. 1\nKroniki Nonsensopedii cz. 2", "token_count": 32134} -{"added": "2026-09-28", "author": "nonsensopedia contributors", "created": "2025-05-12", "id": "nonsa_4144", "license": "CC-BY-SA-3.0", "source": "nonsa", "text": "thumb|200px|Błąd w SMS-ie\nSMS – narzędzie służące do rozsyłania ostrzeżeń meteorologicznych, informacji o stanie konta oraz reklam. Może być także używane do komunikacji międzyludzkiej: może go wysłać każdy, kto ma telefon komórkowy, a na nim wystarczająco dużo kasy. Może mieć maksymalnie 160 znaków, ale może mieć nieskończoną długość, o ile równie wielki jest twój stan konta.\n\nUdowodniono, że w co trzecim SMS-ie nie ma literówek – jest to zwykle alert RCB lub przypomnienie o rachunku do zapłacenia od operatora sieci komórkowej.\n\nGadu-Gadu\nT9 telefon komórkowy\n\nKategoria:Telefonia komórkowa\nKategoria:GSM\n\nca:Sms cs:SMS de:SMS en:SMS es:SMS fr:SMS id:SMS it:SMS no:SMS pt:SMS", "token_count": 261} -{"added": "2026-09-28", "author": "nonsensopedia contributors", "created": "2025-08-21", "id": "nonsa_249032", "license": "CC-BY-SA-3.0", "source": "nonsa", "text": "thumb|147px|Masz waść brzytwę?\nLeonardo da Vinci (ur. 15 kwietnia 1452 w w Toskanii, zm. 2 maja 1519 w Clos Lucé) – włoski filozof, pochodzący z XV wieku, artysta.\n\nDziwak i fantasta. Geniusz z klasą. Przerósł sobie równych czasem bytowania na Ziemi zaradnością, rozumem oraz mądrością. Jak każdy geniusz, tak i on uchodził za dziwaka i kreował się na takiego, chcąc wystawić na pośmiewisko lud ciemny i tłum zabobonny. Robił chętnie psikusy ograniczonym tępakom, wymyślając rzeczy abstrakcyjne, acz nieprzydatne, które po wiekach jeszcze budziły zdumienie i są przedmiotem badań.\n\nW wieku 6 lat odgryzł ucho koleżance. Tłumaczył się, że tak będzie wyglądała moda w przyszłości. Wynalazca, chirurg, znawca karate, antychryst, malarz, mason. Stworzył wzór człowieka witruwiańskiego, który przedstawia piękne kółko opisane na kwadracie. Polska dowiedziała się o nim po premierze książki i filmu Kod Leonarda da Vinci.\n\nJego słynnymi dziełami są Ostatnia Wieczerza i Madonna z dzieckiem. Zbudował pierwszą maszynkę do golenia, mikser, tłuczek do ciasta i rakietnicę. Wymyślił różne niepotrzebne ludzkości rzeczy jak spadochron, przez którego kombatanci mają rozwalone kręgosłupy, i helikopter, który jest znakiem rozpoznawczym W11.\n\nNajważniejsze dzieła\n\nCzłowiek witruwiański\nDan Brown\nKościół katolicki\n\nKategoria:Filozofowie\nKategoria:Malarze\nKategoria:Myśliciele\nKategoria:Rzeźbiarze\nKategoria:Włosi\nKategoria:Wynalazcy\n\nen:Leonardo da Vinci cs:Leonardo da Vinci eo:Leonardo da Vinci es:Leonardo da Vinci fi:Leonardo da Vinci fr:Léonard de Vinci he:לאונרדו דה וינצ'י hu:Lonard daNinci it:Leonardo Da Vinci ja:レオナルド・ダ・ヴィンチ ko:레오나르도 다 빈치 nl:Leonardo Da Vinci no:Leonardo da Vinci pt:Leonardo da Vinci ru:Леонардо Да Винчи sk:Leonardo da Vinci uk:Інкубатор:Леонардо Винниченко", "token_count": 712} -{"added": "2026-09-28", "author": "nonsensopedia contributors", "created": "2021-02-20", "id": "nonsa_244518", "license": "CC-BY-SA-3.0", "source": "nonsa", "text": "Bitwa pod Cedynią – bitwa rozegrana 24 czerwca 972. Trenerem polskiej reprezentacji był Mieszko I, natomiast drużynę Marchi Wschodniej reprezentował margrabia Hodon, który tylko z jednego pieca chleb jadł.\n\nPokłócili się obaj o Pomorze Zachodnie, które było lokalnym centrum sardynek, bezrobocia i unikatowych drewnianych figurek znad morza. Gall Anonim podaje, że Polacy pod wodzą Czcibora „zakleszczyli” wroga.\n\nPlan bitwy\nGdy Mieszko wylukał już, gdzie ma przechodzić team Hodona, postanowił ich sprowokować. Wyskoczył im pod pole karne. Przegonił ich po całym boisku. Wtedy zawołał asystenta, Czcibora, żeby ławka rezerwowych też włączyła się do gry. Rezerwowi zaszli Hodona od tyłu. Potem zagonili ich na trybuny, wcześniej zabierając im Predatory i koszulki z 7.\n\nPowtórka Cedyni, miała mieć miejsce w Dortmundzie w 2006 roku podczas meczu Polski i Niemiec, ale Paweł Janas okazał się gorszym wodzem, niż Czcibor, a jedyne co upodabnia ich do siebie, to fakt że dla obu bitwy zakończyły się śmiercią (w przypadku Janasa – zawodową).\nKolejną powtórką miał być mecz na EURO 2008, ale i tym razem nasz wódz nie był taki, jak dawniej.\n\nGall Anonim\nHistoria Polski\nMieszko I\n\nKategoria:Średniowiecze w Polsce\nKategoria:Historia Niemiec\nCedynia", "token_count": 475} -{"added": "2026-09-28", "author": "nonsensopedia contributors", "created": "2010-11-20", "id": "nonsa_143836", "license": "CC-BY-SA-3.0", "source": "nonsa", "text": "Kiedyś było to naprawdę fajne miejsce. Niestety, ostatnio wiele osób ma coraz mniejszą chęć tam wchodzić. Pojawiła się masa osób, niemająca jakiegokolwiek związku z Nonsą, za to nadająca na jakikolwiek inny temat. ostatnio pojawia się gostek, który co prawda nie zhańbił się ani jedną linijka na Nonsie, za to ma wiele do powiedzenia w sprawie jednej z religii. Coraz bardziej wychodzi na to, że prowadzi tu łowy do sekty. Kto spróbuje się sprzeciwić, zostaje chujem, kurwą, pedałem - i to niekoniecznie na privie, gościu rzuca takie teksty publicznie. I co? Ano nic, reszta gawiedzi (najczęściej niezwiązana z Nonsą) sika z radości przez majty.\n\nJeśli są jakiekolwiek władze na kanale, mają to po prostu w d... Nie przeszkadza im, że taka sytuacja dobitnie rzutuje na opinie o Nonsensopeddii. No ale to chyba nie dziwne, ostatnio władze Nonsy poza cieszenia się, że są władzami Nonsy, nie robią zbyt wiele. Mnie ten chlew nie odpowiada - i niniejszym go opuszczam. Jeśli komuś nie przeszkadza ten strumień pomyj i mętna atmosfera - jego sprawa. Kilka innych osób też to zrozumiało i z kanału się wyniosło. Nie chcę krakać, ale za jakieś pół roku kanał będzie miał z Nonsensopedią tylko wspólną nazwę. No ale jeśli władzom to odpowiada, mnie ten cały cyrk tym bardziej chromoli. Bawcie się dobrze. kićor 05:53, mar 28, 2010 (UTC)\nNie bój się pisać o osobach otwarcie, a władza zwróci uwagę. 09:14, mar 28, 2010 (UTC)\nA ja podbijam kiciora w całej rozciągłości. Władze nonsy cieszą się samym byciem władzami, nawet nie wydawaniem poleceń. Po prostu są. robotę odwalają ANC-owie :P (i pytam się gdzie jest SUPERAKTYWNY, NAJLEPSZY NA ŚWIECIE, NIESAMOWITY KRACOK!?) 19:24, mar 28, 2010 (UTC)\nTu. To może zaboleć, ale mam własne życie. Tak, „Ptoku-ja-nie-muszę-tutaj-siedzieć-ale-opuszczam-Nonsę-już-3-lata-ale-wcale-nie-jestem-uzależniony”. Poza tym nie dziwi mnie Twój kretynizm objawiający się ciągłą nienawiścią do mnie, ale widocznie od głupoty też jesteś uzależniony. Nie masz mnie za co nie lubić, ale widocznie logika to coś, w czym nie jesteś za pan brat. 21:52, mar 28, 2010 (UTC)\nOtóż mam cię za co nie lubić, ale z drugiej strony, nie przesiaduję tutaj całych dni, jak np. dami, i nie zajmuję się durną robotą na OZ. Z rzadka napiszę coś i tyle :P. [REDACTED:IP] 11:13, mar 29, 2010 (UTC)\nA fakt, że wciąż wracam, to raczej kwestia tego, że brak innych \"w-miarę-ciekawych-internetowych-projektów-gdzie-mogę-cośtam-robić-bez-bycia-w-grupie-trzymającej-władzę\" :P. [REDACTED:IP] 11:14, mar 29, 2010 (UTC)\nOch, i byłoby fajnie, gdyby jaśnie pan Dami raczył upomnieć Kracoka, że nie powinien wyzywać mnie wprost od kretynów. Stać go na subtelniejsze obrazy. Ptok niezalogowany bo mu sie przeglądarka coś spierdoliła.\nWładzom Nonsy chciałbym powiedzieć, że jestem zajebistszy, bo jestem biurokratą na 5 wiki i sysopem na kolejnych 5, o.A tak do rzeczy – wchodzę po dwóch tygodniach przerwy na #nonsensopedia i stwierdzam, że połowy nicków nie znam. Zaglądam na OZ – żadnego z tych nicków nie ma. Wpuściliście raz czy dwa jakiegoś nerda, to oczywiste, że się ich więcej zlezie ;) Takie są nerdy.Ptok – są gorsze wiki, na przykład pl.bionicle, gdzie jest ok. 10 edytorów, ilość spamu porównywalna do tutejszej, a żaden admin nie jest nawet na tyle aktywny, żeby cieszyć się byciem władzą. No i oczywiście nie stać tamtejszych edytorów na tak subtelne obrazy, ale i tak obrażają :P Do Bionicli jeszcze Nonsensopedii daleko. Misiek (talk) 11:31, mar 29, 2010 (UTC)\nZabawne w chuj. Uważasz, że naprawdę nikt sobie bez Ciebie nie radzi? Usiądź, mam Tobie coś ważnego do powiedzenia. Już? Gówno prawda. 15:40, mar 29, 2010 (UTC)\nA gdzie ja niby powiedziałem, że sobie nie radzicie? :D No, chyba, że działasz na Bioniclach, ale ta wiki to już jest odpał spowodowany dziesięcioletnimi edytorami i chamstwem staffów, to jest wielkie bagno już gdzieś od połowy 2008 ;) Misiek (talk) 16:41, mar 29, 2010 (UTC)\n\nHm. Jam za. A co będzie, gdy jakiś IPek zechce zasięgnąć porady bądź wyjaśnienia, a napotka na niejednej dyskusji czy stronie meta zachętę Nie bój się, właź na IRC? Będzie musiał się zarejestrować i zrobić trzysta edycji, by być rozpoznawalnym? Jeśli nie było takiego przypadku, odpisywać nikt nie musi, będzie to mówić samo za siebie i podbuduje tezę w tytule, do której i ja się przyłączam. 08:36, mar 29, 2010 (UTC)\nTu nie chodzi o przygodnych pytaczy i sam o tym wiesz. Zabłąkana duszyczka szukająca rozwiązania technicznego nie będzie naganiać do sekty i wyzywać od kurwów :) Tu chodzi o osoby zupełnie niezwiązane z projektem a mające postawione sesje tudzież wpierdalające się jak pietruszka w tort. Kanał wymaga stałej kontroli po prostu. kićor 11:50, mar 29, 2010 (UTC)\nWidocznie źle zrozumiałem Twe słowa, bo dla mnie wynikało, by go całkowicie zamknąć przed ludźmi bez konta i działalności na Nonsensopedii. 08:11, mar 31, 2010 (UTC)\n\nSzczerze mówiąc, na IRC-u od dawna nie przesiaduje, bo nie mam dość czasu i ochoty. Zawsze przesiadywali tam ludzie malo zwiazani z Nonsa, zazwyczaj byli dosc spokojni. Jesli jest inaczej, to prawdopodobnie zawsze jest ktos kto ma prawa i moze ich uciszyc. Podobnie jest zawsze AleftU, ktory moze cicho jest, ale jak sie do niego napisze do zazwyczaj po jakims czasie zareaguje. Jak jakis user robi syf, to zawsze da rade sie go pozbyc. Mimo ze nie jestem zwolennikiem banowania ludzi tylko za to, ze nie sa na nonsie aktywni... To nie jest kanal wzajemnej adoracji adminow i ANC, tylko kanal otwarty dla ludzi zainteresowanych projektem w jakikolwiek sposob (albo chcacyh po prostu pogadac, bo co w tym zlego?). Wiec tez nie przegnijmy w druga strone. 11:57, mar 29, 2010 (UTC)\nPS I niech ktos mi da nicka tego rekrutującego sekty, ciekawa sprawa to jest. :P\nŻadna tam rekrutacja, kicior zmyśla. 13:23, mar 29, 2010 (UTC)\nChciałbym. Facet prowadzi jawną agitację probuddyjską i wyśmiewa wszystko inne i wszystkich innych. Odpowiada ci to - to sie z nim skumpluj. Ja nie mam ochoty oglądać jawnej propagandy tam gdzie nie jej nie powinno być. Poza tym to bardzo wygodnie powiedzieć, że pada deszcz, kiedy plują w twarz. W tym niektórzy z nonsy są mistrzami.Ale to wy zginiecie w tym g... a nie ja, kićor 14:40, mar 29, 2010 (UTC) s_h ;) co do wzajemnej adoracji – byłeś kiedyś na #wikia? tam za najmniejszy offtop zwykle wywalają, z dopiskiem #wikia-social, więc mimo wszystko to, czego chce kicior, to takie prawie nic jest. Misiek (talk) 13:26, mar 29, 2010 (UTC)\nJa nie mam nic przeciw offtopom. Chcę tylko przebywać w towarzystwie ludzi, do których mam zaufanie, i nie tylko ja. kićor 14:42, mar 29, 2010 (UTC)\nTaa...może nie jestem na Nonsie długo, ale od początku wchodziłam na IRCa i w sumie zawsze dało się pogadać i było miło. Teraz po prawie 4miesiącach jest kolosalna różnica. Mały ruch (sama wchodzę na krótko), 1/3 nicków to ludzie, którzy na Nonsie nie mają konta lub nie maja nic wspólnego z Nonsą, a na IRCu siedzą dla hmn...towarzystwa, niekoniecznie miłego dla Nonsensopedystów. 110px|link=User:Podmiot 14:52, mar 29, 2010 (UTC)\n\nMnie gówno obchodzi kto jest nonsensopedystą, a kto nonsensopedystą nie jest. Mnie obchodzi tylko zachowanie użytkownika. Zapewniam Was, że gdy ja wchodziłem na IRC jeszcze w zeszłym roku, prawie nikt mnie nie znał z portalu (bo nie sposób było mnie z niego znać), natomiast wszyscy aktywni ircownicy znali mnie z IRC. I uważam, że to nie tylko dlatego, że jestem taki zajebisty (ale to też), ale też dlatego, że nikt nie ma do mnie o nic pretensji. Uważam to za rzecz prostą i jeśli zwyczajnie nie będziemy patrzeć czy Nonsensopedysta czy nie i będziemy patrzeć głównie na zachowanie i instynkt samozachowawczy nic złego się dziać nie będzie. 15:40, mar 29, 2010 (UTC)\nJak napisał Diabelko. Wcześniej też sporo osób mnie znało z IRC-a. Według mnie trzeba zbanować te osoby które \"logują\" co piszemy a takich jest minimum 5. A do sprawy s_h. Powiem tak, on nie raz takie gadki na IRC-u wstrzynał. Ja to wpuściłem jednym uchem a drugim wypuściłem. Jak bym pamiętał to nawet powiedział bym jakiej muzyki słucha! Jeśli dobrze pamiętam coś z fascynacją człowieczymi wnętrznościami. Takiego bym od razu zbanował na amen, nie potrzebnie psuje atmosferę, wcina się w środek rozmowy. Wszystko jest do ogarnięcia. Tylko do roboty bo ja nie mam uprawnień a wziął bym się za to! 19:48, mar 30, 2010 (UTC)\nLogi i tak są publicznie, co akurat mi się bardzo nie podoba. Tu też potrzebna jest jakaś akcja... Albo w ogóle nie logujemy (bo po co?) albo dostęp do nich jest tylko za zalogowaniem, co tez ma jakiś sens. Ale to już Wy się wypowiedzcie. kićor 21:32, mar 30, 2010 (UTC)\nTeraz Wam logi przeszkadzają, tą drogą dojdzie do usunięcia kanału, bo wszystko w nim zacznie przeszkadzać... 110px|link=User:Podmiot 21:55, mar 30, 2010 (UTC)\nNie masz racji. Chodzi tylko o to, dlaczego pani Dupińska z Burdelewa ma czytać to co się tu pisze. To jest na swój sposób poufne. Dla porównania, na wikipedii jest jakikolwiek zakaz cytowania rozmów gdziekolwiek i grożą za to bardzo surowe konsekwencje, do permabana włącznie. I jakoś kanał nie poadł a nawet ma się znakomicie. Poza tym chyba nie chcesz, by za kilka lat ktoś ci wywlókł w niesprzyjających okolicznościach, co napisałaś... kićor 22:03, mar 30, 2010 (UTC)\nPopieram Katza. Mnie w kółko tak robili, zwłaszcza Amoniak lubował się w przytaczaniu wyrwanych z kontekstu cytatów, które miały gówniany związek z daną rozmową, ale Amoniak twierdził, że przekleństwo w cytacie to od razu mnie umniejsza :P Dobrze, że nie ma tu już tego palanta. Bentoniczny Ptok van der Walsall de Anglia Brytania kara.\nLogi mogą się przydać. Nie mówię tu o wojenkach i baczeniu się jeden na drugiego (bo tym sposobem szybko się stoczy na dno), tylko o tym, że można przeczytać przebieg ustalania jakichś kwestii. Dlatego trzeba dorwać Chomika i poprosić o jakąś blokadę, dostępne za zalogowaniem i za tym optuję. Podmiot: Usunięcie IRCa nie wchodzi w grę, nie tędy droga, a 4 miesiące można tłumaczyć zimą (teraz cieplej i coraz więcej ludzi ucieka sprzed kompów :)) Serio, jeśli jednak kanał ma służyć tylko temu, by wywlekać brudy jeden na drugiego, to lepiej go usunąć niż trzymać i to jeszcze z jakże piękną linijką w statystykach Nikt nikogo nie atakował, wszyscy zachowywali się bardzo przyjaźnie, co już dawno jest nieaktualne i wielu to odczuło. 08:11, mar 31, 2010 (UTC)\nWedług mnie na kanał powinny wchodzić osoby, który rzeczywiście jakiś związek z Nonsensopedią mają. Sprawa s_h jest z deczka wstrząsająca, gdyż wydawało mi się, że to nonsensopedysta. A jak taki siedzi i przysłuchuje się temu, o czym gadamy, a potem jeszcze obrzuca błotem ludzi na kanale, to to tak być nie może. 08:15, mar 31, 2010 (UTC)", "token_count": 4110} +{"added": "2026-09-29", "author": "nonsensopedia contributors", "created": "2020-04-30", "id": "nonsa_214324", "license": "CC-BY-SA-3.0", "source": "nonsa", "text": "Gdy Roswell mrok spowija ciemny\nZ lochów wypełza nieczysta\nKapłanka dziada Antychrysta\nSaksofon trzyma niewierny\n\nPod Stalingradem Ruski wstają\nDosiadają żelaznych słoni\nNiemcom w mordę dać gotowi\nZa Rasputinem podążają\n\nA ja stoję u bram szaleństwa\nPragnących całej mojej wiedzy\nPatrzę więc przez szparę pomiędzy\nPewny jestem niebezpieczeństwa\n\nStoję tak zawieszony między\nSzczurem a prawdą bezeceństwa\n\nProlog\nRzymianin w chitonie stał naprzeciw tronu w pałacu wielkiego Królestwa Wschodniej Nonsensopedii i walczył z bezładnie wiszącą na barkach peleryną. Król Artur XXI uśmiechał się do niego z politowaniem.\n– Ave Rex – stwierdził, gdy w końcu udało mu się opanować niesforną pelerynę.\n– Ave ja – odparł król nie przestając uśmiechać się ironicznie.\n– Romani te salutant – Rzymianin ukłonił się. Zrobił to tak zamaszyście, że peleryna opadła mu na głowę.\n– Nienawidzę łaciny – wtrącił milczący do tej pory marszałek Joachim gegen Schaschlik.\n– Żeby on jeszcze mówił po łacinie – podsumował Artur – Jesteś hańbą dla swego narodu.\nRzymianin pisnął rozpaczliwie. Nie zrozumiał o co chodzi, ale na pewno było to coś złego. Zdecydował się uciec czym prędzej i zaszyć się w jakimś ciemnym kącie.\n\nOazę spokoju znalazł pod stojącym w kuchni stołem.\n– Co się stało? Pogłaskać cię? – zapytała ochmistrzyni, Beatrycze.\n– Oni są dź... dziwni. Mówią, że jestem hańba dla swojego narodu.\n– Kto?\n– K... Król i wielki m... marszałek!\n– Bo oni są homogenizowani, wiesz?\nWtedy dla Rzymianina wszystko stało się jasne. Takie zepsucie moralne nie mieściło się w jego prawicowym umyśle. Ale wiedział co powinien zrobić. Ogłosić to światu.\n\nNatychmiast wygrzebał się spod stołu i sięgnął po papier. Po chwili sensacyjny list do największej gazety w kraju był już gotowy...\n\nRozdział I\nDrzwi do sali tronowej rozwarły się z trzaskiem. Wpadł przez nie ciężko zdyszany hrabia Serscull.\n– Co się stało? Spokojniej trochę, bo jeszcze zawału dostaniesz! – krzyknął wbrew swojemu majestatowi król.\n– Wstrząsające wieści! Król Grzegorz Wielki abdykował. A wraz z nim jego wasale.\n– Ale jak to?\n– Tak to. Powiedział, że ma to wszystko gdzieś i wyjeżdża do MKM.\nKról westchnął.\n– To znaczy, że zostałem sam z tym całym burdelem? Ech... Barbarzyńcy nas zaleją. Nie obronimy się.\n– E tam, zrobimy im z dupy jesień średniowiecza – odparł wyraźnie uradowany marszałek. – Wojsku i tak już zaczyna się nieźle nudzić.\n– Chyba nie rozumiesz powagi sytuacji, marszałku. Grzegorz wyjechał z całą szlachtą. Chłopstwo lada moment rozlezie się po kraju niszcząc to, co udało nam się do tej pory zbudować.\n– A gdzie jest to całe MKM? Nie kojarzę tego kraju. To jakaś Mała Koalicja Masochistów?\nHrabia zasępił się.\n– Gorzej. Miłośnictwo Komunikacji Miejskiej. Nie ma od tego odwrotu. Tamtejsze autobusy zatrzymują się tylko raz, gdy zabierają pasażerów. Nigdy nie można już z nich wysiąść.\n– To niedobrze – zgodził się król. – Trzeba to skontaktować z regentem Pacino.\n– Daj spokój – wtrącił Schaschlik – Regent jest daleko. Zanim dotrze do niego posłaniec wszystko zdąży nam dupnąć. Proponuję rozwiązać sprawę jak najszybciej. Dacie radę, hrabio wziąć pod swoją opiekę trochę osieroconych po Grzegorzu ziem?\n– Pewnie – stwierdził Serscull, a oczy aż zabłysły mu ze szczęścia. – Ale tylko przejściowo... bo wiecie, chciałbym się poświęcić innym rzeczom, a nie tylko sprawdzać ostatnie zmiany w finansach.\n– Hmm... Był tu jeszcze jeden taki Andrzej, dziewiętnasty syn Arnolda. Całkiem niezłe szaszłyki przyrządzał. Wręcz wystrzałowe. Może wynieść go na szlachcica i dać mu trochę ziemi tam? – zaproponował marszałek.\n– Tak. To dobry pomysł. Ale co to za szlachcic bez nazwiska? Niech będzie po prostu Andrzej Dziewiętnasty – zgodził się król. – To jak? Po dziabągu?\n– Dziabąga też zabrali – wtrącił hrabia.\n– Ja nie o tym. Napić się chciałem.\n– No to po dziabągu! – zgodził się hrabia. – A jutro pojedziemy oglądać moje nowe ziemie!\nChwilę potem służba wniosła do sali tronowej suto zastawiony stół z alkoholami i najprzedniejszym jadłem. Uczta trwała do białego rana.\n***\nWędrowiec szedł przez gęsty las. Jego poprzecierana, brudna skórzana kurtka wskazywała na to, że wędrował już od wielu dni. Był stary, ale wciąż niebezpieczny jak wilk.\n\nDaleko w oddali dostrzegł drżące światło. Miał zamiar dotrzeć do stojącej niedaleko gospody, ale zaciekawił go ten płomień. Przecież znacznie prościej byłoby po prostu udać się do gospody. A to rodziło przypuszczenia, że prawdopodobnie źródłem światła było ognisko w obozie jakichś zbirów, którzy tylko czekali na niewinnych przechodniów. Stary tym bardziej uznał, że tym bardziej powinien coś z tym zrobić. Jeszcze ktoś przez nich by ucierpiał.\n\nKu jego zaskoczeniu, przy ognisku siedział tylko jeden, niewiele młodszy od niego samego osobnik. Na pewno nie stanowił zagrożenia, więc podróżnik wyłonił się z krzaków.\n– Witaj – powiedział. Mężczyzna nie odpowiedział mu jednak, tylko dalej wpatrywał się dalej w płomienie.\n– Kiedyś to wszystko było moje – stwierdził wreszcie.\n– Ale co? Ktoś spalił ci dom, dobry człowieku? – nie zrozumiał wędrowiec.\n– Nie. To wszystko, cały kraj. A potem przyszła ta jędza i zniszczyła wszystko!\nPo tych słowach zrozumiał wszystko. Człowiek, który przed nim siedział, był legendą samą w sobie. Legendą, która równie dobrze mogła okazać się koszmarem, wyłaniającym się z przeszłości. Tylko, że...\n– Nie możesz być Zelem Deletem. Zabito go. I to co najmniej dwa razy.\nDelet parsknął śmiechem.\n– To był tylko mój klon, ale jak widać nieudany. Ja nie dałbym się tak łatwo podejść. Jestem na to za sprytny.\n– I dlatego siedzisz w środku lasu, zamiast w gospodzie nieopodal?\n– Oj tam. Siedzenie w gospodzie jest zbyt mainstreamowe. Zresztą, tu chyba nie ma żadnej gospody... A przynajmniej za moich czasów nie było.\n– Jest. Nakazałem ją wznieść, gdy to ja byłem tu władcą. – Wędrowiec uśmiechnął się pod nosem.\n– Pokażesz mi gdzie jest ta gospoda?\nPodróżnik nie mógł odmówić przypadkowo spotkanej niezwykłej postaci.\n\nNiebawem dotarli do stojącej na rozstaju dróg gospody. Przed nią stała zaprzężona w sześć koni kareta.\n– Hmm... Dróg też za moich czasów nie było. Co to za powóz? – zapytał Zel.\n– Pewnie pomysł króla Artura. Nie wiem, dla mnie to zawsze był przerost formy nad treścią. Ale Artur zawsze to lubił. Swoją drogą to dobrze, przynajmniej poznasz obecną ekipę.\nWeszli do środka. Większość stołów zajmowała królewska świta i sam król, rozmawiając ze sobą żywo. Wszelkie rozmowy ucichły jednak, gdy podróżnik wszedł do środka.\n– Witam wszystkich. To jest Zel... – urwał nagle. Przeraźliwą ciszę przerwało tylko krztuszenie się Artura. Schaschlik poklepał go w po plecach, dzięki czemu Artur wreszcie wypluł jabłko.\n– Ten Zel? – zapytał z cielęcym zachwytem w oczach.\n– Zróbmy go od razu nowym współkrólem – odezwał się młody lokaj, Dominiol.\n– A co ty masz do gadania w tej sprawie? – obruszył się Artur. – A wracając... Jak mówiłem, zrobimy cię współkrólem in Dei gloria. De Vocém, daj mi niezbędne papiery, zaraz restytuujemy pana.\n– Ale ja się nie zgadz...\n– Dawaj te papiery albo wrażę ci zaraz miecz w d... – wyraził sugestywny sprzeciw marszałek.\n– Tak. Już, oczywiście – De Vocém posłusznie wykonał polecenie.\nDelet wpatrywał się w kartkę z wyraźnym zakłopotaniem.\n– Dobra, wrócimy do tego kiedy indziej – przerwał nerwową ciszę król. – A teraz radujmy się i pijmy!\n***\n– Mówię ci, że powinniśmy zaczekać na de Vocéma, on by wiedział jak przebić się przez tę ścianę – stwierdził Parry uderzając kilofem w ścianę w lochach głęboko pod pałacem.\n– Nie ma czasu. Ona tam jest i czeka na nas! – odparł Optdex. Choć jego twarz nie wyrażała żadnych emocji, w głosie dało się wyczuć lekką nutę podniecenia.\nDwóm arystokratom, samozwańczym zapalonym archeologom udało się w końcu przebić przez gruby mur. Ich oczom ukazało się niewielkie pomieszczenie, na środku którego stała dziwna maszyna, bądąca bardzo skomplikowanym układem belek, wałków, taśm i kominów z dodatkowym panelem sterowniczym. Odchodziły od niej setki kabli różnego koloru i grubości.\n– Legendarna maszyna różnicowa! – oświadczył Optdex. Jego oczy zalśniły niezdrowym blaskiem, a usta kąciki ust uniosły się o kilka milimetrów. Parry jeszcze nigdy nie widział, żeby przyjaciel się uśmiechał.\n\nOptdex podszedł do pulpitu maszyny i nacisnął kilka przycisków. Nic się nie stało.\n– Nie działa – stwierdził i natychmiast posmutniał. – Ale mam pomysł!!! Wywalimy tę maszynerię! Zamiast niej zrobimy taki elektroniczny bajer! I wszystko będzie działać! Wystarczy, że wywalimy tę rolkę, tu poprowadzimy kabelek...\nParry nie wiedział co odpowiedzieć. W zasadzie po całodniowym waleniu kilofem w mur myślał tylko o czekającym na niego w pałacu zimnym piwie. Z drugiej strony chciał też pomóc przyjacielowi. Wreszcie jednak piwo wygrało. Rzucił krótkie „Cya” i ruszył na powierzchnię. Gdy wychodził, usłyszał jeszcze głos Optdexa:\n– To działa!!!\nOptdex nie mógł uwierzyć własnemu szczęściu. Wystarczyło tylko podmienić przestarzałe jądro maszyny na dzieło jego autorstwa i wszystko ruszyło. Zastałe, nieużywane od wielu lat tryby na nowo ruszyły.\n– Sen to czy java? – wymamrotał Optdex. Nacisnął kilka przycisków. Z zewnątrz doszedł go dźwięk grzmotów.\nWiedział, że maszyna jest potężna, ale nie sądził, że będzie mógł dzięki niej niemal dowolnie sterować całym światem. Od razu mu się to spodobało i postanowił przetestować jej możliwości.\n***\nStarsza kobieta szła jedną z ulic królewskiego miasta. Nagle podbiegł do niej zamaskowany osobnik i wyrwał jej z dłoni siatkę z zakupami. Nie minęła chwila, a na nie niebie pojawił się dziwny kształt. Nie ptak... nie samolot... lecz Człowiek-Patelnia. Jego pseudonim wziął się stąd, że jako broni używał śmiercionośnej patelni, która zapewniała mu też zdolność do lotu. Człowiek-Patelnia natarł na złoczyńcę i zdzielił go patelnią w głowę.\n– A masz, wandalu ty! – ryknął i poprawił jeszcze raz z całej siły. W zasadzie poprawiał tak do skutku, aż mózg i wnętrzności bandyty spłynęły do rynsztoku.\n\nGdy sprawa została definitywnie zakończona, Człowiek-Patelnia wygrzebał zakrwawioną siatkę z zakupami z rozpływających się wnętrzności złodzieja (przypadkiem musiał użyć jej zamiennie z patelnią) i podał ją babinie z promiennym uśmiechem na twarzy. Ta przyjęła ją niepewnie. Człowiek-Patelnia nie liczył jednak na podziękowania i natychmiast odleciał nieść pomoc w innym miejscu.\n***\nInsana zbierała grzyby w jaskini nieopodal miasta. Matka mówiła jej, żeby nigdy tego nie robiła, gdyż było to zbyt niebezpieczne, ale dziewczyna nie słuchała matki. W zasadzie nie słuchała nikogo. Robiła tylko to, co było w jej mniemaniu dobre dla niej samej. A takie było zbieranie grzybów jaskini. W jednej chwili tutaj mogła nazbierać ich znacznie więcej niż przez cały dzień chodząc po lesie. Na dodatek te grzyby świeciły tak fajnie na niebiesko...\n\nW miarę jak dziewczyna schodziła coraz głębiej ogarniał ją niepokój. Wnętrze jaskini z epatującego niezrównaną dzikością, ale nie niechęcią zamieniło się w niezwykle mroczne i posępne miejsce. W pewnym momencie Insana miała ochotę się wycofać, ale nagle usłyszała dochodzący z wnętrza jaskini dziwny głos.\n– Zejdź niżej – odezwał się. W odpowiedzi Insana wrzasnęła wzywając na pomoc Człowieka-Patelnię, choć wątpiła, żeby ten ją usłyszał.\n– Zejdź w dół, do samego serca mojego jestestwa. Mam ci coś do zaoferowania – odezwał się ten sam głos. Gdy Insana wsłuchała się w niego postanowiła sprawdzić skąd dochodził. Po głębszym zastanowieniu wydał się jej bowiem zbyt ciepły jak na należący do kogoś niebezpiecznego.\n\nGdy schodziła w dół, nagle usłyszała dziwne sapanie. Przyspieszyła kroku, ale odgłos nie milkł. Wreszcie dotarła na samo dno. Znalazła się w niewielkiej, owalnej komnacie. W jej centrum, skąpany w dziwnym niebieskawym świetle grzybów stał elipsoidalny głaz. Najgorsze było jednak to, że nie było żadnej innej drogi ucieczki, a sapanie nie chciało zamilknąć ani trochę. Wreszcie Insana usłyszała głos:\n– Tu jesteś, dziewczynko – rozpoznała go. To Człowiek-Patelnia przybył ją uratować. – Uciekałaś tak szybko, że nie mogłem cię dogonić. Co to za dziwny głaz?\n– Jam jest wielki mistyczny ziemniak, freudowska reprezentacja ego waszej cywilizacji – odezwał się głos, który zwabił Insanę do wnętrza jaskini. – Jam jest początkiem i końcem, alfą i omegą, transformacją i kładem, naprężeniem stycznym i poprzecznym...\n– Zrozumiałam za pierwszym razem – wtrąciła nieśmiało Insana. Nie miała ochoty przerywać czemuś, co jest wielkie i mistyczne, ale nie mogła słuchać tak bezsensownego ględzenia.\n– Milcz, jak do mnie mówisz, dziewczynko! – oburzył się wielki mistyczny ziemniak. – Wybrałem cię... Wybrałem was oboje abyście zanieśli ludowi Nonsensopedii moje przesłanie. Dwudziestego czwartego dnia miesiąca, gdy słońce chylić się będzie ku zachodowi, narodzi się dziecię, które zaprowadzi naród wybrany do życia wiecznego, a imię jego będzie Mesjasz, co znaczy... przepraszam, nie ta kartka. Lud tej ziemi zapomniał co znaczy prawdziwy nonsens, od czego wzięła się nazwa tej ziemi. Już od dawna nie obchodzi starych świąt i nikt nie kłania się ziemniakom na moją pamiątkę. Tak dłużej być już nie może. Przywróćcie stary porządek ziemi, na moją chwałę.\n– Tak jest, wielki mistyczny ziemniaku – zgodziła się Insana.\n– Tak jest – przytaknął natychmiast Człowiek-Patelnia.\n– I nie lękajcie się, bo ja czuwam.\nŚwiatła pochodzące od grzybów nagle zgasły. Oboje odczytali to jako znak, że bóstwo, czy też jak samo o sobie powiedziało, freudowska reprezentacja ego opuściła to miejsce.\n\nOboje wyszli na zewnątrz. Niby pozostali tacy sami, ale jednak inni. Teraz wypełniała ich siła bóstwa, które powierzyło im rolę do wypełnienia.\n\nRozdział II\n– Co wy tu psujecie? – zapytał nadworny inżynier Dreadlish. Jak zawsze trzymał w pogotowiu lutownicę. Zazwyczaj używał jej tylko do naprawiania różnego sprzętu, ale kiedyś podobno wraził ją w dupę jakiegoś niepokornego szlachetki. Od tego czasu reszta arystokracji traktowała go z należnym szacunkiem.\n\nOptdex, jak to miał w zwyczaju, nie palił się zbytnio do odpowiedzi. Nawet nie oderwał się ani na chwilę od pulpitu sterowniczego maszyny, przy której stał. Widząc to, Parry zdecydował się odpowiedzieć za niego:\n– Znaleźliśmy tutaj taką fajną maszynę, jak widzisz. A czemu w ogóle pytasz?\n– Bo w ciągu ostatnich pięciu minut z nieba spadł grad wielkości kurzych jaj oraz deszcz pięciozłotówek. Pomyślałem, że macie z tym coś wspólnego.\n– Bo mamy. Ta maszyna pozwala kontrolować pogodę, ale nie wiemy jak ją obsługiwać. Ale ciekawsze jest to, że dzięki niej można tworzyć przedmioty! Patrz! – stwierdził nagle Optdex i nacisnął z pozoru losową kombinację klawiszy na pulpicie. Chwilę potem z pałacowego dziedzińca dobiegł upiorny wrzask, który nagle się urwał.\n– Ups... Chyba kogoś przygniotło drzewko – wymamrotał Optdex.\n– JA PIERDOLE – skwitował całe zajście Dreadlish. Parry przyznał mu cichą rację.\n– Na razie zdarzają się błędy, ale wkrótce uda nam się to jakoś zoptymalizować – zapobiegawczo bronił się Optdex. – Przy okazji, mógłbyś przysłać tu kogoś z powierzchni z żarciem? Głodny się zrobiłem.\n– Jeśli ma to kogoś uratować przed przygnieceniem przez spadające drzewo, mogę wam coś zorganizować – odparł Dreadlish i zwrócił się ku wyjściu. Wychodząc zaś podśpiewywał piosenkę o Głodnie.\n***\n– Niechaj wielki mistyczny ziemniak będzie z tobą, nieznajomy.\n– Czego ty chcesz, dziewczyno? – zapytał de Vocem. – Głowa mnie boli.\n– Nic dziwnego. Zostaliście napadnięci przez bandytów i ocaliła was tylko moc wielkiego mistycznego ziemniaka – odpowiedział mężczyzna w majtkach na spodniach, do których miał dodatkowo przytwierdzoną patelnię. – Jestem ZentroXenon, choć znany jestem także jako Człowiek-Patelnia.\n– Aha, to fajnie. A teraz pozwolicie państwo, że już sobie pójdę – odparł szlachcic i podniósł się pośpiesznie z posłania. Przeszedł kilka kroków, po czym zorientował się, że nie wie gdzie jest.\n– A zatem wracasz do nas, synu – stwierdził ZentroXenon na ten widok.\n– Chciałem tylko zapytać jak dostać się stąd do stolicy.\n– Zabierzemy cię tam. Ale dopiero wtedy, gdy przyjmiesz wiarę w wielkiego mistycznego ziemniaka.\n– A z czym to się wiąże?\n– A z tym – stwierdził ZentroXenon i zamachnął się patelnią. De Vocem w jednej chwili stracił przytomność. Tymczasem Człowiek-Patelnia zaczął mamrotać słowa w dziwnym języku. Nad sztywnym szlachcicem pojawiła się niebieska mgiełka, która wniknęła w jego ciało.\n– Teraz już będzie nas słuchał, tak jak pozostali. Niebawem zrobimy ziemniaczaną rewolucję! – ZentroXenon uśmiechnął się szeroko i pogłaskał swoją patelnię.\n***\nKról Artur z trudem wyjrzał na świtało dzienne. Nie przypominał sobie, co działo się wczoraj ani też co działo się dzisiaj. Jedyne, co go interesowało to pioruński ból głowy, upał i przeraźliwie ostre słońce.\n– Marszałku, zgaś to słońce, przeszkadza mi – stwierdził.\n– Było tyle nie chlać – odparł Schaschlik. – Być może wtedy by nas nie okradli.\n– A to u nas są takie gospody, co w nich kradną? – zapytał król. Wszystko mu się nie zgadzało, nawet w wyrazie twarzy Schaschlika było coś dziwnego.\n– Tak, i jeszcze w mordę dać potrafią, jakbyś nie zauważył. – Wreszcie Artur zrozumiał, co mu nie pasowało. Jego najdroższy marszałek stracił kilka zębów, a na dodatek miał podbite oko. Jak oni mogli!\n– Ale ja jestem cały, prawda?\n– Tak, nawet bandyci nie biją kobiet.\n– Nie rozumiem, co insynuujesz...\nSchaschlik westchnął. Nie chciał wdawać się w gierki słowne w takiej chwili i dziwił się, że król miał na to ochotę. Ale z drugiej strony on nie został tak solidnie obity.\n– A wiesz może kto mógł to zrobić?\n– Nie mam pojęcia. Ale znalazłem coś, co wygląda jak trotyl... Tylko kto używa trotylu w dzisiejszych czasach?\n– Może ten człowiek, który był tu wczoraj... jak mu tam było? Nieważne. W każdym razie wyglądał na dosyć staroświeckiego...\n– To możliwe. Zwłaszcza, że zniknął gdzieś zanim to wszystko się zaczęło. Nieważne. Zajmiemy się tym po powrocie do pałacu.\nKról nie miał innego wyjścia niż ponownie zgodzić się z marszałkiem. Schaschlik zawsze miał rację i zawsze mówił z taką pewnością siebie. Można było iść z nim nawet na koniec świata... jeśli jednak chciało się wystąpić przeciw niemu, można by od razu skoczyć z tego końca.\n\nNa zewnątrz zrujnowanej gospody czekał hrabia Serscull.\n– Wygląda na to, że powóz też nam ukradli, a resztę orszaku gdzieś wcięło – stwierdził.\n– A chuj z nimi – odparł marszałek. – Przynajmniej spokój będzie.\n– Mhm... Z tego co pamiętam, nieopodal mieszka hrabina matka Holly Blue. Ona z pewnością pomoże nam wrócić do stolicy.\n– To dobra myśl – przyznał król. – Holly robi świetną szarlotkę.\n– Jak możesz myśleć o żarciu w takiej chwili? – zapytał z lekkim wyrzutem w głosie marszałek.\n– Normalnie. Od myślenia o reszcie mam was. I Optdeksa.\nSchaschlik z trudem powstrzymał uśmiech. Ale uśmiechanie się nie było w jego stylu, musiał trzymać fason.\n\nTrzech ostałych przy życiu arystokratów ruszyło przez las do posiadłości hrabiny Holly Blue. Jak się okazało „niedaleko” wyglądało trochę inaczej, gdy nie jechało się wygodnym, klimatyzowanym powozem. Niemniej w końcu dotarli do celu. Na podwórzu przed dworkiem leżało kilka dorodnych psów. Każdy z nich wpatrywał się w przybyszy przekrwionymi oczyma, jakby zaraz miał ochotę rzucić się jednemu z nich do gardła. Mimo to, żaden atak nie nastąpił, dopóki Schaschlik nie nacisnął dzwonka do drzwi. Wtedy wszystkie psy rzuciły się na arystokratów ujadając wściekle. W samą porę drzwi otworzyły się.\n– Fifi, Lemmy! Leżeć! – W drzwiach stanęła sama hrabina. Wałek trzymany w dłoni nadawał jej groźny wygląd. Kiedy jednak ujrzała przyjaciół natychmiast rozpromieniła się.\n– Cześć, grubaski – stwierdziła. – Dawno nie odwiedzaliście mamusi, wiec mamusia musiała znaleźć sobie pieski do towarzystwa. Urocze, prawda?\n– W rzeczy samej – odparł Artur, czując jak jeden z ulubieńców hrabiny zaznajamia się bliżej z jego łydką.\n– Wejdźcie, rozgośćcie się. A ty Schaschlik, zawsze miałeś taką krzywą mordę czy ząb cię boli? – zapytała wszedłszy do hallu.\n– Napadnięto nas. Bandyci zabrali nam wszystko, łącznie z powozem, którym podróżowaliśmy – wyjaśnił Serscull.\n– Ale to nie wyjaśnia czemu Schaschlik ma taką krzywą mo... Ach, już rozumiem. Przepraszam. Ale nie martwcie się, mamusia zaraz coś na to poradzi.\n– Nie ma potrzeby – odparł Schaschlik. – Potrzebujemy tylko jakiegoś transportu i już nas nie ma.\n– I nie zostaniecie na podwieczorek? Taką pyszną szarlotkę upiekłam.\n– Nie ma...\n– Oczywiście, że zostaniemy – wszedł marszałkowi w słowo Artur. – Dla twojej szarlotki jestem gotów na wszystko.\nWkrótce arystokraci oddali się pysznemu posiłkowi, wolnemu od GMO i innego tałatajstwa.\n– To jak, hrabino, możesz nas jakoś przewieźć do stolicy?\n– Tak. Ostatnio znalazłam w stodole takie jedno Daewoo Tico. Nie wiem ile lat spędziło zagrzebane w sianie, ale powinno jeszcze działać.\n– Król nie może jeździć Tico. To nie przystoi – odparł Artur.\n– Zawsze możesz iść pieszo – wtrącił Schaschlik. – Albo zostać tutaj z pieskami.\n– Dobra, już nic nie mówię.\nArystokraci udali się do stodoły. Stało tam niewielkie zielone autko, które delikatnie kolebało się na boki. Po chwili wyłonił się z niego osobnik w słomkowym kapeluszu. W ręku trzymał wiązkę przewodów elektrycznych.\n– Urwało się – stwierdził nieco przepraszającym tonem. – Nazywam się Aaron McRela. Jestem kierowcą tego wehikułu. To znaczy, w zasadzie to auto steruje mną, ale to dość skomplikowane...\n– Niewątpliwie. Zawieziesz nas do stolicy?\n– To zależy czy Tico się zgodzi.\nKu zaskoczeniu arystokratów McRela podszedł do auta i przytuliwszy się do błotnika zaczął czule do niego przemawiać w jakimś nieznanym języku.\n– Tico się zgadza. Możecie wsiadać.\n\nMcRela usiadł na fotelu kierowcy. Czy też raczej w miejscu, w którym w normalnym aucie znajdowałaby by się kierownica. Tutaj bowiem był tylko goły pulpit, spod którego wystawały stosy kabli. McRela wyciągnął jeden z nich i umieścił sobie z tyłu głowy. Choć nie zrobił nic ponadto, wkrótce samochód odpalił i ruszył w kierunku bramy do stodoły.\n\nWkrótce samochód z najwyższymi władzami królestwa Nonsensopedii dotarł do stolicy. Nawet niewprawny obserwator mógł dostrzec, że w mieście dział się coś dziwnego. Na ulicach było pełno ludzi w burych habitach, którzy rozmawiali ze sobą przyciszonymi głosami.\n– Coś mi się wydaje, że będę się musiał zabawić niebawem w legata Amaury’ego – westchnął Schaschlik.\n– E tam, może to jakieś nietypowe święto – odparł Serscull.\n– Jedzie mi tu czołg? – zapytał Schaschlik wskazując na dłoń, której jechały właśnie dwa małe czołgi. – No dobrze, uznajmy, że masz rację.\nSerscull uśmiechnął się pod nosem.\n\nPo chwili dotarli wreszcie do pałacu. Ku ich zaskoczeniu absolutnie nikt nie wysilił się na jakiekolwiek powitanie, i choć dotarli już do sali wejściowej nie napotkali żadnej żywej duszy. Nagle jednak za plecami rozległ się dziwny dźwięk będący pomieszaniem jęków bólu i krzyków wściekłości. Zza załomu jednego z korytarzy wyłoniła się korpulentna niewiasta w bogato zdobionej sukni.\n– Dobrze, że jesteście. Już nie wytrzymywałam tutaj nerwowo – stwierdziła. – Wczoraj pojawił się tu jakiś facet i zaczął na wszystko i wszystkich narzekać. A już zwłaszcza na łacinę.\n– Na sancte linguę śmiał narzekać? – oburzył się król. – To jest... haniebne!\nTymczasem z innej strony również ktoś nadchodził.\n– ... a ponadto uważam, że te kartoteki są w ogóle nieuporządkowane. Dba w ogóle ktoś o to? – perorował męski głos.\n– Tak, mamy kilku skarbników. Zresztą, ja się na tym nie znam, ja jestem tu tylko bibliotekarką – odpowiedziała kobieta. Po chwili do komnaty trafiła Evelyn Maasdamer znana także jako Serowa Pani, oraz... Zel Delet.\n– Witam wszystkich. – Ukłonił się.\n– Jak to możliwe, że dotarłeś aż tutaj tak szybko, hm? – zapytał natychmiast Schaschlik wlepiając w przybysza lodowate spojrzenie. Delet miał wrażenie, że po tych szarych gałkach ocznych mógłby się ślizgać jak po lodzie.\n– Tak wyszło. Znam parę skrótów z dawnych lat, kiedy nie było tutaj jeszcze żadnych dróg – wyjaśnił niechętnie.\n– Czyżby? A mnie coś mówi, że miałeś coś wspólnego z napadem na nas – nie ustępował marszałek.\n– Zostaliście napadnięci? Tak mi przykro – zasmucił się Zel.\nSchaschlik miał już na końcu języka ciętą ripostę, ale przeszkodziła mu w niej spadająca z sufitu lodówka. Uderzyła z głośnym szczęknięciem o posadzkę i otworzyła się wysypując zawartość – kilkaset kilogramów ziemniaków.\n\nW sali zapanowała niezręczna cisza.\n– A co to miało być? – przerwał ją po chwili Delet. – Też jakaś nowość? Za moich czasów lodówki stały grzecznie na swoim miejscu.\n– Tak w zasadzie jest od wczoraj – stwierdziła księżna Argh. – Z nieba spadają różne rzeczy. Zaczęło się od gradu, potem były drzewa, a teraz lodówka wypełniona ziemniakami.\n– Ziemniaki? – rozległ się inny męski głos. Tym razem należał do Optdexa. – Miały być batony, zadeklarowałem to przecież wyraźnie. Maszyna nigdy się nie myliła.\n– Jaka znowu maszyna? – zapytał Schaschlik. Coś podpowiadało mu, że będą z tego tylko dodatkowe problemy.\n– A dokopaliśmy się do takiej maszyny w podziemiach. Dzięki niej możemy dowolnie kształtować rzeczywistość – wyjaśnił Optdex. – Muszę do niej iść czym prędzej, to naprawdę nie powinny być ziemniaki...\nOptdex oddalił się czym prędzej.\n\nTymczasem z zewnątrz zaczęły dochodzić dziwne dźwięki. Schaschlik wyszedł na balkon, chcąc zorientować się o co tyle hałasu. W jego stronę posypały się ziemniaki.\n– Pięknie, kurwa, pięknie – stwierdził, gapiąc się na postacie stojące na dole. Odpowiedziała mu jedynie kolejna fala ziemniaków.\n\nSchaschlik nie zamierzał się jednak tak po prostu wycofać. Zdecydował się zachować godność i sypnąć iście jadowitą wiąchą przekleństw. Posypały się kolejne ziemniaki. Tym razem jednemu z rzucających spadł kaptur, dzięki czemu marszałek mógł mu się dokładnie przyjrzeć.\n– De Vocem! Co ty tam do cholery robisz?! – wrzasnął.\n– Nie wiem – odparł de Vocem i wypuścił kolejnego ziemniaka z ręki. Następnie rzucił się w stronę bramy.\n– Za nim! Wskaże nam drogę do wejścia! – wrzasnęła inna postać żeńskim głosem. Schaschlik ukrył twarz w dłoniach i pozdrowił de Vocema ciepło w myślach. Wiedział jednak, że musi się pozbierać i opowiedzieć o wszystkim pozostałym.\n\nZszedł z balkonu. Zastał jednak już tylko kilka osób zasłuchanych w królu perorującym po łacinie.\n– Co się dzieje – zapytała Argh widząc jego ponury wyraz twarzy.\n– Zaraz wpadną tu rewolucjoniści. Ten dureń ich tu sprowadzi tunelem przez lochy. Ale ja się nie poddam bez walki! – Marszałek dobył miecza i ruszył biegiem w kierunku piwnicy. W połowie drogi uderzył jednak o niewidzialną ścianę.\n– Co jest? – zapytał. Nikt ze zgromadzonych w sali nie potrafił jednak odpowiedzieć.\n\nPo chwili w sali pojawił się Optdex i stwierdził z dumą:\n– Maszyna doniosła mi o jakichś rewolucjonistach. Ustawiłem bariery, dzięki którym nie dostaną się do środka.\n– Takie bariery? – zapytał Schschlik i postukał palcami o niewidzialną ścianę.\n– Najważniejsze, żeby działa... – Król urwał nagle, widząc wbiegającego de Vocema.\n– Idą tu – rzekł szlachcic. – A imię ich jest Legion.\n– To miecz w łapy i do roboty – stwierdził marszałek. – W najgorszym wypadku dostaniesz ziemniakiem! A swoją drogą, gdzie jest Delet?\n– A poszedł gdzieś – odrzekł Artur. – Co ja? Niańka jego?\nTymczasem do sali wpadł pierwszy miłośnik ziemniaków. Jego głowa spadła natychmiast z szyi ścięta jednym ciosem miecza marszałka.\n\nNiebawem do komnaty wtargnęło jeszcze kilku zwolenników ziemniaków, ale wszyscy polegli pod ciosami mieczy.\n– Tylko tylu? – zapytał Schaschlik, wycierając ostrze o jedno z trucheł.\n– Bo filtr działa – skwitował to Optdex.\nRzeczywiście po dotarciu do lochów marszałek ujrzał sporych rozmiarów tłumek rewolucjonistów, którzy rzucali ziemniakami w niewidzialną ścianę. Jeden z nich ośmielił się ponadto pokazać Schaschlikowi digitus infamis. Marszałek obiecał sobie, że nie puści tego płazem tak lekko.\n\nKról Artur spróbował dołączyć do swojego ulubionego marszałka w lochach. Natrafił jednak na kolejną niewidoczną ścianę. Pozostała jedynie wąska szpara między ścianą, a murem komnaty. Kiedy jednak król oparł się o niego plecami usłyszał dziwne skrzypienie, a ściana ugięła się nieco. Zaintrygowany, postanowił przyjrzeć się jej dokładniej. Jedna z cegieł w murze wyraźnie się zapadła. Artur postanowił ją wyjąć. W skrytce znalazł jednak tylko niewielką książeczkę. Przekartkował ją pośpiesznie.\n– Ja pierdolę!!! – stwierdził i padł nieprzytomny.\n\nRozdział III\n– I on, Grzegorz, przeciwko mnie! Oni... Wszyscy... Tylko spiskują... Chcą mnie pozbawić władzy – dyszał wściekły Artur.\n– Spokojnie. Zrobię ci herbatkę z melisy i zaraz poczujesz się lepiej – zaproponowała troskliwie Evelyn de Maasdamer nazywana serową panią.\n– Nie chcę żadnej herbatki – zbuntował się król i poderwał się z łóżka. – Chcę krwii! Krwi tych podłych zdrajców z MKM!\n– Z tym będzie ciężko, nikt nie chce wsiadać do pociągu, z którego nie da się wysiąść. Ale zawsze możesz ich oficjalnie wykląć – zaproponował usłużnie Schaschlik.\n– Nie wiem co bym bez ciebie zrobił, drogi Joachimie. Tak, oficjalnie ich wyklinam. Przerobienie ich na szaszłyki może trochę zaczekać. A co z ziemniakami? Czy chociaż sytuację w mieście udało się opanować?\n– Tak, obyło się bez większych strat w ludziach. W pewnym sensie... Ci rewolucjoniści to w większości nasi obywatele, także dość znaczni. Ale ja już prawie jestem pewien kto za tym stoi...\n– Daj spokój, nie wolno mu się denerwować – wtrąciła Serowa Pani. – Jeszcze dostanie zawału...\n– Chcę wiedzieć! Natychmiast! – wrzasnął król, faktycznie gotów od razu dostać zawału.\n– Delet, to on buntuje przeciwko tobie ludzi. Teraz znowu zniknął, założę się, że siedzi właśnie z ziemniakami i omawia sposób dostania się do pałacu. Pewnie chce przejąć władzę po tobie.\n– A dowody masz? – zapytała Evelyn.\n– Jeszcze nie. Ale to kwestia czasu – nie ustępował Schaschlik.\n– Cicho, lepiej pomyślcie co z tym zrobić...\nNagle drzwi do komnaty otworzyły się. Do środka wszedł nie kto inny jak sam Delet. W ręku trzymał torbę o nieokreślonej zawartości.\n– Przyniosłem pączki – stwierdził.\n– Pewnie zatrute. – Król nie zdążył ugryźć się w język.\n– Ale o co chodzi? Nie jestem w temacie – odparł Zel wyraźnie zaskoczony chłodnym przyjęciem. Albo też był jedynie bardzo dobrym aktorem. Nikt nie wiedział na dobrą sprawę czego można się spodziewać po osobie, która była swego czasu ścigana przez wszystkich łowców nagród w królestwie i nadal żyła.\n– O nic. Nieważne – stwierdził przepraszająco Artur. – Wielkie dzięki za prezent, po prostu ci rewolucjoniści wytrącili mnie z równowagi. Zresztą, errare humanum est.\nDelet wzruszył ramionami. Wolał nie ciągnąć na razie tego tematu, chociaż fałszywe oskarżenie nieco go zabolało.\n***\n– Oto i on – wydyszał Grzegorz. Wędrówka na sam koniec ciągnącego się kilometrami pociągu zajęła jemu i jego podwładnym wiele dni. Wreszcie znalazł sposób by zniszczyć Artura. Wiedział, że wtedy cała władza przypadnie jemu. Tylko jemu na absolutną wyłączność. To znaczy, przypadłaby, gdyby znalazł sposób na zatrzymanie rozpędzonego składu. To nie miało jednak teraz najmniejszego znaczenia. Liczyła się tylko zemsta.\n– Wygląda dość niepozornie – odważyła się zauważyć księżniczka Sandra nazywana niegdyś lordem Dziabągiem.\n\nRzeczywiście niewielki pluszowy miś nie wyglądał na tajną broń mogącą zagrozić najpotężniejszemu człowiekowi w Królestwie Nonsensopedii. Pod wpływem pytania Sandry stało się z nim jednak coś dziwnego. Czarne koraliki oczu rozjarzyły się dziwnym krwawym blaskiem, w pyszczku pojawiły się kilkucentymetrowe, ostre zęby.\n– Słyszałem cię – stwierdził miś głębokim, wibrującym basem i ruszył w stronę Sandry.\n– Dobry Uszatek, nie co się dener...\nBestia nie miała litości. Jednym sprawnym susem dosięgnął szyi Sandry i rozerwał jej krtań na strzępy. Następnie wychłeptał wyciekającą z rany krew siorbiąc obrzydliwie. Gdy ta przestała wreszcie wypływać otarł pysk łapą.\n– Bądź pozdrowiony Słyszący Uszatku, o potężny, któremu żaden mąż nie sprosta, ostatni z wielkiego rodu Misiów – rzekł niezrażony przykrym zajściem Grzegorz. – Przybywam by prosić cię o pomoc.\nDawny współkról wtajemniczył bestię w swój nikczemny plan. Uszatek słuchał pokornie, gdyż plan ten zakładał zaistnienie wielu trupów, z których wygłodzony długim postem miś będzie mógł wypić krew. Gdy tylko szczegóły planu zostały omówione miś teleportował się na miejsce przeznaczenia. Mógł to zrobić, gdyż nie był żywym człowiekiem, a jedynie animowanym przez magię pluszakiem.\n\nGrzegorz zaś udał się z powrotem do jednego z wcześniejszych wagonów, w którym inni jego podwładni realizowali właśnie inną część planu znaną pod kryptonimem „Wielki mistyczny ziemniak”.\n– Jak tam postępy? – zwrócił się do lorda Fallera, który właśnie pochylał się nad magiczną kulą.\n– Dupa nie postępy – odparł Faller. Nigdy nie grzeszył zbyt wyrafinowanym słownictwem, ale przynajmniej mówił konkretnie.\n– Skurczybykom udało się odeprzeć atak rewolucjonistów.\n– To było do przewidzenia. Jakie straty ponieśli?\n– Żadnych. Ludziom Insany nie udało się nawet wejść do pałacu. Zainstalowali tam jakieś bariery czy co.\n– Oby ich dzieci do końca świata dojeżdżały Jelczami do szkoły! Mnie poszło nieco lepiej. Uszatek zgodził się wspomóc naszą sprawę. Zapewne teraz jest już na miejscu. Powiedz Insanie przez ziemniaka, że ma wypełniać jego polecenia.\n– Robi się. A co z Dziabągiem?\n– Nie żyje. Stał się pierwszą ofiarą misia.\n– Trudno. Tak widocznie musiało być. Zresztą, od kiedy wykastrował się na tych torach i kazał się nazywać księżniczką Sandrą narobił nam więcej szkód niż pożytku w wizerunku. A teraz daj mi pracować, skoro mam wspomóc Uszatka – stwierdził Faller i potarł kulę. Robił to coraz energiczniej, aż w końcu stała się cała czerwona i gorąca. Grzegorz zawsze miał ochotę zapytać się go, po co to w ogóle robił skoro nie było to do niczego potrzebne. Wiedział jednak, że odpowiedź jednego z niewielu przyjaciół, jacy mu pozostali, mogła mu się nie spodobać.\n***\nInsana wydostała się z miasta tylko dzięki pomocy Człowieka-Patelni, który przeniósł ją na własnych plecach poza mury. Oboje skierowali się z powrotem do jaskini, w której spoczywał pomnik wielkiego mistycznego ziemniaka. Liczyli, że bóstwo okaże się łaskawe i wysłucha ich ponownie, a także doradzi, jakie działania podjąć po tak strasznej krwawej klęsce. Na ile oboje zdołali się zorientować w ilości zabitych, ponad trzy czwarte zaklętych patelnią wyznawców ziemniaka straciło życie w próbie szturmu na pałac Artura. Gdyby ten idiota de Vocem nie powiódł ich w tę pułapkę...\n\nOprócz posągu ziemniaka w najgłębszych czeluściach jaskini dojrzeli jeszcze dziwną postać pluszowego niedźwiadka. Nie ruszała się i wpatrywała w niezwykły posąg.\n– Kim jesteś? – zapytała Insana.\n– Jestem Słyszący Uszatek, brat Widzącego Oczatka i Węszącego Nosatka, ostatni z rodu Uszatków.\n– Co tu robisz?\n– Słyszący Uszatek jest moim wiernym sługą i umiłowanym synem – stwierdził wielki mistyczny ziemniak. – Zesłałem go, aby wspomóc was po klęsce, dlatego wypełniajcie jego wolę tak, jakby była moją wolą, a jego słowa moimi słowami.\n– Jak rozkażesz, o wielki mistyczny ziemniaku! – stwierdzili chórem Insana i Człowiek-Patelnia. Nie zamierzali się teraz tak łatwo poddać – nie po tym, jak spalili za sobą wszystkie mosty.\n\nRozdział IV\nMarszałek Schaschlik obserwował uważnie sytuację w mieście. Był gotów dołożyć wszelkich starań, aby sytuacja z rewolucjonistami więcej się nie powtórzyła, choćby nawet miał spalić całą stolicę. Dobro Królestwa było najważniejsze.\n\nA tymczasem bynajmniej sytuacja nie wyglądała lepiej. Na murach zaczęły pojawiać się rysowane od szablonu żądania odsunięcia króla od władzy. Rewolucjoniści czynili w nich różne absurdalne zarzuty, lecz zakończenie było zawsze to samo, „to nie jest przykład dobrego króla”. W dodatku wywody te podpisane były zawsze jako Słyszący Uszatek. Pojawiały się jednak zbyt szybko by przypuszczać, że było to dzieło jednej tylko osoby. A lud czytał... Czytał i lada moment mógł zacząć je brać cokolwiek na serio. Wszakże nie mylił się wujek Stalin w swoim stwierdzeniu, że kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą.\n\nNależało zatem działać. Wyciągnąć wszystkie oddziały z miejskich koszar i natychmiast zrównać z ziemią kryjówkę rewolucjonistów. Sęk jednak w tym, że jedynie on, Joachim gegen Schaschlik, zdawał się to rozumieć. Pozostali, którzy mieli cokolwiek do powiedzenia byli skupieni wokół Deleta. Deleta, który tajemniczo znikał zawsze w momencie, gdy działo się coś niebezpiecznego. Najpierw w trakcie najazdu „bandytów”, potem ziemniaczanych rewolucjonistów... Zapewne był kimś w rodzaju szpiega. A szpiegów należało eliminować najpierw.\n\nZ tą myślą marszałek udał się do króla, który jak zwykle był pochłonięty jakimiś niezwykle ważnymi rzeczami w rodzaju nauki trzeciej deklinacji łacińskiej. Schaschlik odnalazł go w jego prywatnych komnatach.\n– Musimy porozmawiać na osobności – rzucił.\n– Możemy mówić tutaj – odparł Artur. – Tutaj nie ma żadnych podsłuchów... chyba że jakieś założyłeś.\n– Chodzi o Zela Deleta, jestem niemal pewien, że jest szpiegiem ziemniaczanej rewolucji. Trzeba się go niezwłocznie pozbyć z pałacu.\n– Tak, zdecydowanie jest podejrzany. I jeszcze o wszystko się czepia. Że król powinien świecić przykładem dla swoich poddanych i tak dalej... A gdzie on był przez te wszystkie lata?\n– Zapewne gdybyśmy wiedzieli, poznalibyśmy się na nim prędzej. Teraz możemy się tylko domyślać, że obiecano mu objęcie urzędu królewskiego po tobie.\n– To możliwe. Dobrze... Zaraz napiszę odpowiedni dekret, którym pozbawię go wszystkich praw. Jako banita już nam nie zaszkodzi.\n– Pozostaje jeszcze jedna kwestia. Rewolucjoniści wypisują o tobie jakieś głupoty na murach. Gorzej, że lud to czyta i chętnie bierze sobie do serca. Dlatego uważam, że powinniśmy zgnieść ich z powierzchni ziemi, choćby zaraz. Moi agenci znaleźli już nawet miejsce, w które musimy uderzyć.\n– Zatem do dzieła. Daję ci wolną rękę. A w zaufaniu powiem ci, że mam pewne plany co do twojej osoby. Jeśli wszystko się powiedzie, obejmiesz stanowisko współkróla.\n– Świetnie.\nSchaschlik starał się udawać zaskoczenie, ale w pewnym stopniu spodziewał się takiego obrotu spraw.\n\nKtokolwiek miał trochę oleju w głowie domyślał się, że krwawe rozwiązanie problemu nie poprawi i tak już nadwerężonych nastrojów społecznych. Powołanie drugiego współkróla zaś uświadomi niedowiarkom, że Arturowi nie chodziło tylko o władzę.\n\nSchaschlik nie miał jednak czasu się nad tym zastanawiać. Pędem udał się do koszar, gdzie wydał rozkaz natychmiastowego wymarszu. Wiedział, że nie czeka ich daleka droga. Rewolucjoniści założyli swój obóz wokół jaskini zaledwie kilka kilometrów od granicy miasta. Dodatkowo lokalna topografia układała się na tyle korzystnie, że marszałek mógł obserwować bitwę ze wzgórza samemu pozostając poza zasięgiem strzał.\n\nŻołnierze wpadli między niczego nie spodziewających się wielbicieli ziemniaka. Siekli wszystkich, którzy znaleźli się w zasięgu mieczy. Rewolucjoniści nie mieli najmniejszych szans. Po zaledwie kilku chwilach została z nich tylko garstka najbardziej przezornych, którzy zdążyli chwycić za broń.\n\nSzczególnie dwóch żołnierzy, zakutych w ciężkie pancerze piechoty wyróżniało się skutecznością. Rąbali z wprawą najlepszych rębajłów na świecie aż w końcu utworzył się wokół nich wał z trupów. Mimo bitewnego zgiełku do uszu Schaschlika dotarły słowa rozmowy jaką ze sobą toczyli.\n– Czterdziesty siódmy, Bartuś – stwierdził jeden z nich podrzynając mieczem gardło kolejnemu z kultystów ziemniaka.\n– Cicho, Mil’enden – odparł drugi, wywijając młynka toporem jak zabawką. – I tak topory są lepsze. Czterdzieści sześć!\n– Nie masz racji. Zaprawdę powiadam, topory to broń dobra dla chłopów pańszczyźnianych, a nie rycerzy.\n– Skoro tak twierdzisz...\nBartd urwał nagle, gdyż niebo zakrył ciemny kształt.\n\nSchaschlik ujrzał wielkiego smoka, na którym siedział pluszowy miś. Nagle bestia ryknęła przeciągle. Zarówno Nonsensopedyści jak i rewolucjoniści stanęli w niemal zupełnym bezruchu, jedynie trzęsąc się ze strachu.\n– Co jest? – rozdarł się marszałek. – Wykończyć te ziemniaczane pokraki, a nie się lenić! Chyba że chcecie żebym zrobił wam z dup jesień średniowiecza!\nZachęceni ciepłymi słowami żołnierze natychmiast wrócili do walki.\n\nTymczasem smok usiadł na ziemi. Miś ruszył naprzeciw jednemu z walczących i rzucił mu się do gardła. Żołnierz jednak uskoczył zwinnie i zdzielił pluszaka w plecy aż posypały się kłaki.\n– Dobrze walczysz, mężu – powiedział Uszatek i ponownie ruszył do ataku. Żołnierz znów zdołał uchylić się przed atakiem, po czym w nieoczekiwanym geście zrzucił hełm.\n– Jestem cebulą, nie mężem! – ryknął kobiecym głosem i rozbił misiowi czaszkę. Stało się jasne, że rewolucja została niemal ostatecznie stłumiona.\n\nWkrótce padł ostatni z walczących. Przezorny marszałek postanowił jednak udać się do jaskini. Nie znalazł tam jednak niczego więcej ponad prymitywny totem. Mimo to zdecydował o zasypaniu wejścia raz na zawsze. I tak spustoszenia, które miały tu swój początek, były zbyt pokaźne.\n***\nZel Delet nie mógł uwierzyć w to, co właśnie czytał. Pozbawiono go wszelkich praw. Na dodatek Artur nie miał nawet odwagi powiedzieć mu tego prosto w oczy, tylko zasłaniał się ohydnymi dokumentami. Delet pogniótł kartkę i wyrzucił ją za plecy. Wywołało to reakcję dwóch rosłych żołnierzy – dostawców owego obrzydliwego paszkwila – którzy ruszyli w jego stronę by nawet siłą wyrzucić go z pałacu. Jego, bez którego nic co znali by nie istniało.\n– Nie trzeba. Sam wyjdę – rzucił oschle.\n\nŻołdacy nie śmieli go nawet dotknąć. I dobrze, bo mogli tego żałować do końca życia. Być może Delet został pozbawiony praw publicznych, ale na pewno nie zamierzał rezygnować z tego powodu z godności. I wciąż miał parę asów w rękawie, których gotów był użyć gdyby zaszła taka potrzeba.\n***\n– Idą po nas – stwierdziła Insana. Nawet tu, do samego serca jaskini dotarły odgłosy walki. Walki, której wyniki były znane zanim jeszcze na dobre się rozpoczęła.\n– Możemy jeszcze uciec – odparł Człowiek-Patelnia z właściwym sobie optymizmem. – Jest tyle innych miejsc, w których można żyć poza Nonsensopedią.\n– Ale jak chcesz uciec? – zapytała Insana drżącym głosem. – Jedyna droga prowadzi na miejsce bitwy. Schaschlik nas nie oszczędzi, to okrutna bestia.\n– Chwyć się mnie mocno – odparł tylko ZentroXenon i ujął swoją patelnię. Ta natychmiast pchnęła go ku górze bez trudu przebijając strop.\n\nWkrótce oboje niedoszłych rewolucjonistów zostawiło walczących za plecami i odlecieli poza horyzont.\n\nEpilog\nTeraz, gdy zagrożenie zostało bezpowrotnie zażegnane, Artur postanowił wypełnić obietnicę daną jego ulubionemu marszałkowi. Żal mu było rozstawać się z Schaschlikiem, który zapewne zechce przeprowadzić się do opuszczonej od czasu wyjazdu Grzegorza wschodniej rezydencji. Aby jak najbardziej odwlec ten moment zdecydował się powitać zwycięzcę ze wszystkimi należnymi mu honorami w tym z tryumfalnym przejazdem przez miasto.\n\nTo było coś pięknego. Tłum wiwatował przez cały czas, gdy jechali przez stolicę odkrytym powozem, błogosławiąc wszystkim zgromadzonym. Nagle przed pojazd wybiegła wysoka tleniona blondynka i zrzuciła bluzkę. Powóz, pomimo niewielkiej prędkości, wyhamował na tyle ostro, że obaj pasażerowie wywrócili się. Gdy Artur podnosił się, nagie, falujące w podskokach piersi dziewczyny znalazły się zaledwie kilka centymetrów od jego twarzy.\n– Podpiszesz mi się na dekolcie? – zapytała. Na szczęście czujni żołnierze już zmierzali w ich stronę, aby odciągnąć niebezpieczną fankę.\n\nArtur zaś zdołał się w końcu podnieść. Gdy powóz ruszył dalej, stwierdził:\n– To było okropne.\n– Być może. Nie mam fanek, więc nie wiem – odparł marszałek i na wszelki wypadek odsunął się od przyjaciela o dwa metry. Wolał nie sprawdzać czy ten Rzymianin, którego mało nie kazał skrócić o głowę, przynajmniej w połowie nie miał racji.\n\nNonsensopedia – początek\nNonsensopedia II – Bluźnierczy kod\nNonsensopedia III – Koniec\nNonsensopedia IV – Kill'em All\nNonsensopedia – The Next Generation\nNonsensopedia Special – Tydzień dla dyrektora\nKroniki Nonsensopedii cz. 2", "token_count": 17223} +{"added": "2026-09-29", "author": "nonsensopedia contributors", "created": "2017-02-15", "id": "nonsa_195085", "license": "CC-BY-SA-3.0", "source": "nonsa", "text": "Jesteśmy gotowi do usług!\n\nHotel 52 – serial emitowany przez telewizję Polsat, opowiadający o pewnym warszawskim domu schadzek hotelu.\n\nHotel\nHotel znajduje się w Warszawie. Posiada liczną obsługę – na jednego gościa przypada 1,98 pracownika hotelu. Goście hotelu zamieszkują w nim wyłącznie celem uprawiania seksu z kochankami, cudzymi żonami lub mężami, nieletnimi, przypadkowymi przechodniami albo Murzynami. Do żadnych zbliżeń zazwyczaj nie dochodzi, bo w kulminacyjnym momencie do pokoju wpada Natalia Lipska...\n\nDramatis personae\nNatalia Lipska – przemądrzała właścicielka hotelu, który odziedziczyła po zmarłym tatusiu. Twierdzi, że na wszystkim się zna, mimo że wcześniej zajmowała się głównie jeżdżeniem różowym garbusem w kwiatki. Zakochana w hotelowym recepcjoniście, odrzuciła zaloty ześwirowanego synalka ambasadora. Obecnie rozwija się w wątku lesbijskim.\nIwona Szwed – menadżer hotelu. Jej brat okazuje się być jej synem, znajomy – o.m.c. mężem, matka – babką, ciotka – sąsiadką, a pies – kotem.\nMichał Horwat – konsjerż (???) hotelu, który zdradził swoją żonę ze swoją szefową, po czym dziwił się, że żona ma mu to za złe. Ostatecznie wyleciał z pracy w hotelu, ale powrócił...\nArtur Górski – lalusiowaty recepcjonista, obiekt westchnień Natalii. Jego mimika jest identyczna jak mimika pomnika Adama Mickiewicza na krakowskim rynku. W ramach pracy został postrzelony, co zaowocowało uczuciem do jednej niewidomej.\nIgor Szwed – kierowca-sprzedawca, jak-się-okazało syn Iwony. Buja się po Wawce służbową furką, przez co lecą na niego laski.\nReszta obsady – epizodycznie istotna.\n\nSchemat typowego odcinka\nW hotelu melduje się mężczyzna X, który przyjechał tu uprawiać seks.\nNatalia rozmawia z Arturem o tym, co ich łączy. Artur milczy.\nDo hotelu przyjeżdża kobieta Y, umówiona z mężczyzną X. Pyta, czy jest on w pokoju. Otrzymuje odpowiedź twierdzącą.\nIwona ma problemy z Igorem.\nMężczyzna X i kobieta Y spotykają się.\nNatalia rozmyśla o tym, co ją łączy z Arturem, żując ich wspólne zdjęcie.\nMężczyzna X podczas gry wstępnej z kobietą Y dostaje ataku serca.\nIwona rozmyśla o kłopotach z Igorem.\nDo pokoju mężczyzny X przyjeżdża pogotowie. Sanitariusz Z rozpoznaje w kobiecie Y swoją żonę/córkę/kochankę/dawną miłość lub panią ze SKOKu za rogiem.\nNastępuje kulminacja medyczno-uczuciowa. Wpada Natalia.\nKobieta Y i sanitariusz Z wszystko sobie wyjaśniają.\nNatalia znów rozmawia z Arturem o tym, co ich łączy. Artur znów milczy.\nIwona znów ma problemy z Igorem.\nNastępuje zapowiedź kolejnego odcinka, w której w hotelu melduje się mężczyzna X, który przyjechał tu uprawiać seks...\n\nObsada\nObsada serialu składa się głównie z osób, którym znudziło się granie w M jak miłość.", "token_count": 1035} +{"added": "2026-09-29", "author": "nonsensopedia contributors", "created": "2023-06-18", "id": "nonsa_248702", "license": "CC-BY-SA-3.0", "source": "nonsa", "text": "JP – inne znaczenie akronimu (kolejność alfabetyczna):\n\nJa Pierdolę;\nJa Pierwszy;\nJa Podlewam;\nJaPonia\nJa Prowadzę;\nJa Pruję;\nJabol Pokoju;\nJabol Punk;\nJacht Paupra;\nJacht Przybrzeżny;\nJacht Przydomowy;\nJacht Psychiatry;\nJad Politruka;\nJadalny Prawdziwek;\nJadę Powoli;\nJadę Prędko\nJadłospis Pijaka;\nJadowity Pająk;\nJagoda Pomidora;\nJagodowy Piernik;\nJagodowy Pumpernikiel;\nJaja Pelikana;\nJaja Profesora;\nJajka Podhalańskie;\nJak Pierdolnięty;\nJak Pustynny;\nJakby Pożar...;\nJaki Pedał;\nJakiś Plan;\nJakiś Problem?;\nJakoś Przeżyć;\nJakość Pierwsza;\nJałmużna Pomaga;\nJałowa Paplanina;\nJałowa Porada;\nJam Pawian;\nJam Polak;\nJama Prostytutki;\nJamnik Podlewacz;\nJan Pierdoli;\nJanusz Palikot;\nJanusz Prezydentem;\nJapa Potwora;\nJaram Papierosy;\nJaram Pety;\nJarmułka Palestyńska;\nJarski Posiłek;\nJaruzelski Papieżem!;\nJaruzelski Prawicowcem!;\nJarzę Powoli;\nJarzębiak Przepyszny!;\nJaskra Pilota;\nJasność Przemówienia;\nJasnowidz(ka) Potwierdził(a);\nJasny Pierun;\nJasny Przekaz;\nJaśnie Pan(i);\nJawna Prowokacja;\nJawne Poglądy;\nJawne Przekręty;\nJawnogrzesznica Pańska;\nJazda Pontonem;\nJazgot Proboszcza;\nJądro Ptaka;\nJądrowa Pomyłka;\nJąkała Peroruje;\nJednogłosowa Polifonia;\nJebać Policję;\nJebać Polityków;\nJebać Postkomunistów;\nJebać Prohibicję;\nJebać Przestępców;\nJebana Powódź;\nJebana Propaganda;\nJebany Przerywnik;\nJebię Panów;\nJebię Potem;\nJebnę Przeróbki;\nJedno Piwo;\nJednobiegunowy Płciowo;\nJednonogi Pejzażysta;\nJednonogi Pieszy;\nJednoosobowa Pikieta;\nJednoręki Platformers;\nJednorożec Pospolity;\nJednostka Pierdolenia;\nJednostka Prześladowana;\nJednostka Przyspieszenia;\nJednostronna Płyta;\nJednostronny Pejzaż;\nJedność Partii;\nJedyna Partia;\nJedyna Prawda;\nJedynka Poleca;\nJedzenie Przypalone;\nJełop Pospolity;\nJem Parówki;\nJem Pasztecik;\nJem Pączki;\nJem Pierogi;\nJem Pietruszkę;\nJem Placki;\nJem Płatki;\nJem Pomidory;\nJem Posiłek;\nJeniec Pruje;\nJerycho Padło;\nJerzy Popiełuszko;\nJesienne Popołudnie;\nJestem Pachnący;\nJestem Palantem;\nJestem Pałą;\nJestem Pantoflem;\nJestem Papieżem;\nJestem Partyzantem;\nJestem Patałachem;\nJestem Pedałem;\nJestem Pianistą;\nJestem Piekarzem;\nJestem Pierdołą;\nJestem Piękna;\nJestem Pijawką;\nJestem Pilotem;\nJestem Piromanem;\nJestem Pitagorasem;\nJestem Płaska;\nJestem Podły;\nJestem Podopieczną;\nJestem Podmiotem;\nJestem Podróżnikiem;\nJestem Pojebem;\nJestem Pokemonem;\nJestem Pokrzywdzony;\nJestem Polakiem;\nJestem Policjantem;\nJestem Pomocny;\nJestem Pomysłowy;\nJestem Porządny;\nJestem Powodzianką;\nJestem Powołany;\nJestem Powstańcem;\nJestem Pożyteczny;\nJestem Prawiczkiem;\nJestem Prezydentem;\nJestem Pro;\nJestem Programistą;\nJestem Projektantem;\nJestem Pryncypałem;\nJestem Przedmiotem;\nJestem Przedsiębiorczy;\nJestem Przegrany;\nJestem Przemytnikiem;\nJestem Przestępcą;\nJestem Przygłupem;\nJestem Przyjacielem;\nJestem Przyjemny;\nJestem Przykładem;\nJestem Przystojny;\nJestem Przyzwoity;\nJestem Psychopatą;\nJestem Punkiem;\nJestem Pupilkiem;\nJesteś Piśmienny?;\nJeszcze Poczekam;\nJeszcze Pożałujesz;\nJeszcze Proszę;\nJeszcze Przyjdę;\nJeśli Pozwolisz\nJet-Pack;\nJezu Prowadź;\nJezuicka Pijatyka;\nJezus Panem;\nJezus Powiedział;\nJezus Przybędzie;\nJezusowe Przykazania;\nJeżdżę Pociągiem;\nJeżdżę Polonezem;\nJędrne Pośladki;\nJęzyk Polski;\nJęzyk Portugalski;\nJęzyk Propagandy;\nJimmy Page;\nJod Paruje;\nJodek Potasu;\nJoga Pomaga;\nJogurt Papajowy;\nJon Potasu;\nJonizator Powietrza;\nJowisz Planetą;\nJózef Piłsudski;\nJózek Podglądacz;\nJudasz Przedsiębiorcą;\nJudaszowy Pocałunek;\nJulia Pitera;\nJurand Pada;\nJurny Pantoflarz;\nJutro Piątek;\nJutro Poniedziałek;\nJutro Pójdę;\nJutrzejsza Podpaska;\nJutrzenka Przyświeca;\nJuż Posprzątane;\nJuż Przegrałeś;\nJuż Przynudzasz;\nJuż Pusta? :(.", "token_count": 1563} +{"added": "2026-09-29", "author": "nonsensopedia contributors", "created": "2025-05-18", "id": "nonsa_28271", "license": "CC-BY-SA-3.0", "source": "nonsa", "text": "Mecz Brazylia vs. Australia (Mundial 2006) rozpoczął się 18 czerwca o godzinie 1800. Na stadionie w Monachium odegrano hymny obu drużyn. Zwycięzca tej konfrontacji zapewni sobie awans do 1/8 finału. Remis oznacza, że o przejściu dalej zadecydują mecze w których Brazylia zagra z Japonią, zaś Chorwacja z Australią. Rozpoczynają ubrani na żółto Brazylijczycy, Australijczycy na granatowo próbować będą odbierać im piłkę. W 3 minucie pierwszy strzał na australijską bramkę! Ronaldo (bez formy w poprzednim meczu) świetnie zagrał do Kaki, który bez namysłu uderzył z 20 metrów... piłka jednak minęła słupek bramki. Po 2 minutach Australijczycy oddali pierwszy celny strzał. Brazylijczycy próbują czarować, jednak piłkarze reprezentacji Australii też nie chcą pozostać dłużni, świetnie tłumią potencjalnie groźne akcje Brazylijczyków... Ronaldinho w polu karnym... przewrócił się... na piłce... Teraz Ronaldo, taka sama sytuacja... ale trafia w Grella... Australijczycy znów świetnie się bronią... Kaká znalazł w polu karnym Ronaldo, który chciał oddać strzał, ale nie trafił w piłkę... W 40 minucie na murawie położył się kontuzjowany Popovich.. najprawdopodobniej nie będzie chciał dokończyć tego spotkania... Tak! miałem rację, minutę później zszedł z boiska... Sędzia doliczył 2 minuty...\n\nKoniec pierwszej połowy, po której Brazylia remisuje z Australią 0:0\n\nDrugą połowę rozpoczynają Australijczycy. Mijają 4 minuty, a po nich... 1:0 dla Brazylii!!! Po podaniu Ronaldo z linii pola karnego strzelał Adriano, a piłka wylądowała w siatce tuż przy słupku!!! Brazylia 1, Australia 0!!! 55 minuta – wyśmienita kontra Australijczyków! Bresciano ruszył lewą stroną, w sytuacji sam na sam nie zdołał oddać strzału, w ostatniej chwili piłkę wygarnął mu spod nóg powracający Ze Roberto... 57 minut...powinno być 1:1!!! Dida wypuścił piłkę z rąk, dopadł do niej Kewell, lecz nie trafił w bramkę... W 66 minucie Lucio strzelał z ponad 30 metrów, piłka odbiła się od jednego z Australijczyków, skozłowała, poturlała się trochę i trafiła pod nogi Ronaldo, ale ten był na spalonym... Atak pozycyjny Brazylijczyków, jak zawsze stłumiony w zarodku... kontra \"Kangurów\" w wyniku której Kewell strzelał z 30 metrów, chybił minimalnie – piłka poszybowała niespełna metr nad brazylijską bramką. Przed i po 70 minucie nastąpiła seria 3 zmian... 77 minuta i... magiczna akcja Adriano z Robinho, w efekcie z woleja strzelał ten drugi, lecz nie trafił w bramkę... Robarto Carlos w ostatnich minutach uderza tak mocno jak tylko umie, nikt nie wie po co... 87 minuta i... Viduka przed szansą!!! Australijski kapitan przelobował Didę, lecz futbolówka spadła za poprzeczką na górną siatkę... minutę później nastąpiła ostatnia zmiana w reprezentacji Brazylii... Minęła 90 minuta gry, opowiem wam ciekawy... 2:0!!! Fred zagrał na prawo do Robinho, ten strzelił z ostrego kąta, a odbitą od słupka piłkę do pustej bramki skierował Fred! Brazylia – Australia 2:0!!! Sędzia doliczył 3 minuty... całkiem niepotrzebnie, bo i tak nie ujrzeliśmy już żadnej bramki...\n\nKoniec meczu! Brazylia pokonała Australię i zapewniła sobie awans do 1/8 finału", "token_count": 1199} +{"added": "2026-09-29", "author": "nonsensopedia contributors", "created": "2006-10-11", "id": "nonsa_34409", "license": "CC-BY-SA-3.0", "source": "nonsa", "text": "Głosowania\nCzy możliwe byłoby utworzenie osobnej przestrzeni nazw z głosowaniami? Część osób nieżle się angażuje w stronę techniczną tj. Kategorię \"Meta-strony Nonsensopedii\".\nMożliwe byłoby oczywiście, ale niepotrzebne. Właśnie przestrzeń meta, czyli u nas Nonsensopedia: jest od dyskusji i głosowań. Plus w tej chwili doszło forum do głosowań mniej zobowiązujących. To raczej kwestia porządnej organizacji tej przestrzeni, a nie wygonienia części stron do nowej. Szoferka 13:47, 3 wrz 2006 (UTC)\nA może przestrzeń dyskusja_Nonsensopedia??\n\nA może zrobić nową przestrzeń Głupie pomysły :P\n:p ale może przeniesiemy głosowania do Dyskusja_Nonsensopedia: ??\nA po co niby? 15:41, 10 paź 2006 (UTC)\nJa to nawet myślę, że głosowanie anm i gnm w przestrzeni dyskusji to nasz życiowy błąd. Szoferka 01:41, 11 paź 2006 (UTC)", "token_count": 317} +{"added": "2026-09-29", "author": "nonsensopedia contributors", "created": "2016-12-07", "id": "nonsa_246928", "license": "CC-BY-SA-3.0", "source": "nonsa", "text": "Skejtówa – skejt-dziewczyna. Jeździ na desce, by wyrwać emo boya. Zazwyczaj nie umie niczego, ale udaje że jeździ, bo to jest po prostu kól.\n\nCo lubią skejtówy\nDający mega powera soczek z Biedronki lub Lidla z suchą bułką, ewentualnie bułką z bananem.\nOglądać filmiki na YouTube i próbować wykonać tricki z nich na desce w domu.\nJeździć do szkoły na desce.\nJeździć po domu na desce.\nChłopców w długich włosach.\nModę „rasta”, według nich „spoko” i „kól”.\nDodawać skejterskie fotki na Fotobloga, chwaląc się nimi między swoimi koleżankami – nieskejtówami.\nChodzić do sk8 parq z psiapsiółami również skejtówami, oraz robić sobie nawzajem zdjęcia na pokaz „umiejętności skejterskich”.\nPodrywać sk8ów ze sk8 parq, patrząc na nich w małej grupce psiapsiółek, śmiejąc się z czegokolwiek, byle by upatrzony skejt zwrócił na nie uwagę.\nZamawiać sobie nowe okularki ze stron internetowych i lansować się nimi wśród psiapsiółek.\nChodzić na sesje (fotograficzne) z deską.\nCzcić rurki, deskę, firmowe ciuchy i kapsle Tymbarka.\nMieć grzywkę, koniecznie na oko. To takie szpanerskie.\n\nWyposażenie deska (miejscami pozdzierana dla lepszego efektu), spodnie (ja-kie-o-ne-są-luź-ne), bluzę ze szpanerskimi adidasami (ewentualnie chińskimi znaczkami – byle przynajmniej z daleka wyglądały na firmówki), czapka, koniecznie odwrócona daszkiem do tyłu, kultowy-jak-chuj plecak typu kostka, pełno wisiorków i kolczyków (z umiarem żeby nie wyglądać jak emo).\n\nCzym zajmują się skejtówy\nLanszeniem się.\nSzpanowaniem nowymi skejtowskimi ciuchami (DC, Etnies, Vans, Adio).\nRobieniem sobie emo-fot lub foteczek swoich jakże udanych trików na desce, żeby potem móc pochwalić się nimi na Naszej-klasie.\nWyrywaniem skejtów na swoje skejtowskie buty, spodnie, bluzki (oczywiście tylko z metkami Etnies, eS, Emerica, C1rca).\nPodniecaniem się „Och jaką trzy-szóstkę dzisiaj zrobiłam!”\nSzpanowaniem za dużą na siebie bluzą swojego BoYffRiEndDa.\nZakładaniem skejt fanklubów na epciu.\nTworzeniem skejt zgromadzeń dziewczyn, które mają takie same buty.\n\nZobacz też skejci", "token_count": 809} +{"added": "2026-09-29", "author": "nonsensopedia contributors", "created": "2021-09-03", "id": "nonsa_246549", "license": "CC-BY-SA-3.0", "source": "nonsa", "text": "Szpan sutanną\n\nSutanna (lub sut-anna) – suknia ubranie księży. Daje im +10 do rozpoznawalności na ulicy i +20 do obrony przed czarną magią. Nowsze modele posiadają głębsze kieszenie, potrzebne do składowania pieniędzy z tacy.\n\nNowości\nPojawiają się plany wprowadzenia nowych sutann dla księży, sugerowane wzory to kwiatki i pszczółki. Sugeruje się także wprowadzenie nowego kroju, podkreślającego plecy i dekolt. Sprawa jest wyjątkowo skomplikowana i gorąco dyskutowana w Watykanie.\n\nZobacz też ksiądz", "token_count": 185} +{"added": "2026-09-29", "author": "nonsensopedia contributors", "created": "2019-05-04", "id": "nonsa_205887", "license": "CC-BY-SA-3.0", "source": "nonsa", "text": "Wyjmujesz komórkę i dzwonisz do TVN-u, następnie opisujesz całą sytuację. Minęła godzina, Tusk nie wraca. W zaistniałej sytuacji i ty udajesz się w kierunku domu, zagryzając Snickersem znalezionym w koszu na zakupy, pod pachą niosąc także chipsy i „Finlandię”.\n\nW domu od niechcenia włączasz telewizor, akurat zaczęły się Fakty. Durczok już ustawiony, wyświetla się nagłówek Jestem Donaldem!, a prezenter zapowiada:
\n– Jestem hardkorem. Jeden z ulubionych cytatów młodzieży i tytuł sławnego filmu. Takie słowa usłyszał też dzisiaj Donald Tusk, po czym odpowiedział na wyzwanie.\n\nZaraz potem wyświetlono Jestem Hardkorem, jednakże z wklejoną twarzą szanownego premiera tam, gdzie głowę winien mieć kaskader. Następnie wyemitowano wypowiedź prezydenta:
\n– Obywatele. Nadszedł czas. W którym. Każdy z nas. Powinien zdać sobie sprawę. Że ja sp-JESTEM HARDKOREM-i powinniśmy z tego być. Dumni!\n\nPo wyświetleniu materiału czujesz ekstazę i postanawiasz, że musisz w związku z nią coś zrobić.\n\nMożesz:\nObalić „Finlandię” z sąsiadem;\nPójść spać;\nZacząć świecić.", "token_count": 421} +{"added": "2026-09-29", "author": "nonsensopedia contributors", "created": "2014-02-22", "id": "nonsa_189914", "license": "CC-BY-SA-3.0", "source": "nonsa", "text": "Prolog\n\nPewnych rzeczy nie powinno się robić. Na przykład mieszać. Chociażby alkoholu lepiej nie mieszać. Czasem jest jednak tak, że pewne wydarzenia przyćmiewają rozsądek. Na przykład wypite przed chwilą pół litra. Problem pojawia się jednak i tak dopiero wtedy, gdy przychodzi za tę głupotę zapłacić. Można na przykład obudzić się w towarzystwie siedmiu gołych facetów, chociaż to chyba częściej przydarza się dziewczynom. Swoją drogą jeszcze nie słyszałem, żeby ktoś miał przyjemność obudzić się w towarzystwie siedmiu gołych dziewczyn, ale cóż... takie życie. Czasem jednak zdarza się, że konsekwencje są dużo poważniejsze, tak jak na przykład w moim przypadku. Dlatego idę teraz tym przyjemnym ciepłym tunelem w stronę światła zastanawiając się, co mnie tam czeka.\n\nWrodzona ciekawość nakazuje mi podążać w kierunku owej jasności, nie bacząc na rozmazującą się świadomość. Z drugiej strony nie mogę oprzeć się poczuciu niesprawiedliwości mojego losu. Nie naraziłem się przecież Bogu. Chyba. Owszem, nie prowadziłem się najlepiej, ale i tak lepiej od księdza z mojej parafii, słuchałem trochę metalu, ale nigdy nie sięgałem po Black metal. Ba! Nawet przymykałem oko na poczynania przytoczonego wcześniej księdza, dopóki nie zaczął składać mi dwuznacznych propozycji. Znaczy się w zasadzie te propozycje nie były dwuznaczne, ale doszukiwałem się w nich drugiego znaczenia, gdyż jeśli bym się go nie doszukiwał to pozostałoby to, które bynajmniej mi się nie podoba. Z jakiej więc racji ja, dusza towarzystwa, młody chłopak, miałem umierać w wyniku przedawkowania alkoholu? A w sumie to nawet nie do końca dlatego. Ale historię tę wypada opowiedzieć chyba dokładniej. Co prawda niewiele z tego pamiętam, ale co nieco jestem w stanie otworzyć.\n\nWyszedłem na dwór przewietrzyć się. W głowie szumiało przyjemnie świeżo spożyte przed chwilą czterdzieści procent. A nawet chyba więcej niż szumiało, bo pamiętam, że zwróciłem część zawartości żołądka na trawnik. Zobaczyłem czarną Wołgę wtaczającą się na pobliski parking. Biorąc pod uwagę, że GAZ-21 stanowi obecnie niezwykłą rzadkość, a ja uważam się za miłośnika motoryzacji, postanowiłem się mu bliżej przyjrzeć. Szybko pożałowałem swojej decyzji. Z samochodu wysiadło dwóch osobników wyglądających jak kapłani Bhalla z Baldurs Gate... Nie grałeś? Dobra, niech będzie, masz szerszy opis. Mieli na sobie czarne zbroje i takie śmieszne czapeczki. Obaj byli łysi i mieli po dwa metry wzrostu, a jedynymi punktami wyzierającymi z czerni ich wykrzywionych szaleństwem twarzy były ich przekrwione, czerwone ślepia. U pasa mieli krótkie, lecz zapewne śmiertelnie niebezpieczne pałki. Krzyczeli coś niezrozumiale w swoim gardłowym języku przypominającym metalowy growl. Zrobiłem to, co każdy uczyniłby chyba na widok tak straszliwych demonów. Wrzasnąłem:\n– Odejdźcie, demony piekielne! Odejdźcie sodomizować Szatana w jego plugawym dominium! Czas Apokalipsy jeszcze nie nadszedł! Apage Satanas!!!\n\nDemony popatrzyły na mnie podejrzliwie i wymieniły kilka zdań między sobą, po czym dobyły pał. Próbowałem uciekać, ale jak wiadomo nie jest to łatwe, gdy jest się świeżo po spożyciu... w sumie to nie pamiętam, co dokładnie wtedy piłem. Tak czy inaczej, dorwali mnie szybko. Próbowałem się szarpać. Krzyczałem, ale ciosy pał spadały na mnie nieubłaganie. W końcu mój i tak skołatany mózg poddał się ostatecznie. Straciłem przytomność.\n\nObudziłem się w jakimś samochodzie. Chyba w tej pechowej Wołdze, chociaż to dziwne, bo nie zauważyłem legendarnej, czerwonej niczym Rewolucja, tapicerki. Jak łatwo przewidzieć głowa bolała mnie okrutnie, a i żołądek nie oszczędzał jakoś specjalnie. Chciałem poprosić o szklankę wody. Jedyne co uzyskałem to groźne warknięcia jednego z bucowatych demonów siedzących z przodu i, jak się okazało po dojeździe na miejsce mojego przeznaczenia kolejny łomot.\n\nObudziłem się w celi. Tym razem bolało już naprawdę wszystko. Podniosłem się z nie pokrytej niczym, a nawet nie wyrównanej betonowej wylewki robiącej tutaj za podłogę. Rozejrzałem się. Przede mną kraty, za którymi okrutnie świeciła kilkudziesięciowatowa żarówka niemiłosiernie męcząc skołatane oczy. Za mną również kraty, tyle że w niewielkim okienku bez szyby, przez które wdzierał się chłód nocy. Po swojej prawej miałem zaś metalowe łóżko, do którego przykuto mnie kajdankami za kostkę. Jednym słowem znajdowałem się w typowym areszcie na jakimś zadupiu. Zacząłem wrzeszczeć, że jestem niewinny i żądam wypuszczenia. Nie pomogło jednak nic, nawet straszenie znajomościami w marionetkowym rządzie czy świętej opozycji. Policjanci pozostali głusi na moje wezwania, jedyne co osiągnąłem to pojawienie się niewysokiego brodatego karzełka o górnych kłach sięgających podłogi. W zasadzie jego pojawienie się mogłem wytłumaczyć uszkodzeniami mózgu w skutek nieustannego pałowania, ale czy ktokolwiek w takiej sytuacji zdobyłby się na logikę? Przerażony uskoczyłem do tyłu, niestety potykając się o nierówność w podłodze. Usłyszałem chrzęst łamanych kości. Właściwie nie zdążyłem poczuć bólu i już podążałem korytarzem w stronę światła.\n\nI podążam tak coraz dalej czując jak moja świadomość rozrywana jest przez nieznane siły. Urywają one drobne, właściwie niezauważalne jej kawałki. Z czasem zapominam kim byłem. Zresztą czy ja w ogóle byłem? Liczy się wszakże tu i teraz, niejasny otaczający mnie bezkres tajemniczej rzeczywistości. Z czasem tylko wszechogarniające białe światło. A potem nie ma już niczego...\n\nNotatka policyjna z dn. 15.07.2011, dołączona w charakterze dowodu w sprawie karnej nr 15678/3\n\nPodczas rutynowych czynności patrolowych wykonywanych w dn. 14.07.2011 przeze mnie i młodszego aspiranta Czcibora Askenazego Kowalskiego natrafiliśmy na element niebezpieczny w postaci nastoletniego osobnika pod wpływem środków odurzających. Postanowiliśmy działać tak, jak zazwyczaj w takich wypadkach. Podszedłem do niego, kazałem się uspokoić i okazać dowód tożsamości celem jej ustalenia. Element wyzwał nas od, cytuję: „Demonów sodomizujących Szatana w obliczu nihilizmu plugawego realizmu nadciągającego Armageddonu”. Nie zrozumieliśmy połowy słów, więc uznaliśmy, że bredzi, ale zbyt skomplikowanie na pijanego, więc jest pod wpływem narkotyków. Młodszy aspirant, który przez rok studiował medycynę, ale został wyrzucony, bo sprzedawał części zwłok z uczelnianego prosię proso miejsca składowania trupów, ustalił nawet, że był pod wpływem SLD. Założyliśmy więc, że mamy do czynienia z niemaniem dokumentu tożsamości przystąpiliśmy do wykonywania czynności mających na celu unieszkodliwienie elementu niebezpiecznego zgodnie ze schematem 3P, tj. pała, pała, pała, w celu przewiezienia go do izby wytrzeźwień w Warszawie. Zgodnie z procedurami, gdy element przestał się ruszać opierać załadowaliśmy go do radiowozu. Po dojeździe na miejsce okazało się, że placówka jest w remoncie, więc wróciliśmy z elementem na komisariat w Świniotopie. W międzyczasie element zaczął się znów awanturować i wyklinać „latające ponad uwielbieniem matrioszki Rosyji bluźniercze kotlety zła”. Doszliśmy do wniosku, że element jest do tego wysłannikiem wspaniałego państwa sowieckiego wrednym szpiegiem podłych Rusków, więc zaczęliśmy pilnować go ze zdwojoną uwagą. Po dojeździe na miejsce zamknęliśmy go w celi i przykuliśmy do łóżka, uprzednio powtarzając zasadę 3P. Mimo to element niebezpieczny dalej się szarpał i krzyczał. Po dwóch godzinach przestał, ale nikt nie sprawdził dlaczego, bo za pięć minut był koniec naszej zmiany. Następni też nie sprawdzili, bo był cicho. No to ja na drugi dzień poszedłem i sprawdziłem. Element leżał w kałuży krwi nadziany na łom wystający z nogi łóżka, który musiał zostać po którymś z poprzednich aresztantów. Postępowałem dalej zgodnie z procedurami, czyli powiadomiłem przełożonych. A teraz muszę kończyć, drogi pamiętniczku, bo przyjechała delegacja z komendy głównej. Pewnie chcą mi wręczyć odznaczenie albo i awans za unieszkodliwienie niebezpiecznego szpiega.\n\n(Jeszcze) Starszy Aspirant Zenobiusz Dolnogórny z komendy w Świniotopie", "token_count": 3025} +{"added": "2026-09-29", "author": "nonsensopedia contributors", "created": "2021-01-04", "id": "nonsa_243600", "license": "CC-BY-SA-3.0", "source": "nonsa", "text": "Wydarzenia w Polsce\n2 sierpnia – władze Austro-Węgier kupiły Piłsudskiemu żołnierzyki.\n3 sierpnia – Niemcy dokonali parę zmian urbanistycznych na planie Kalisza.\n\nWydarzenia na świecie\n\nNiemieccy żołnierze musieli docenić belgijską szkołę budownictwa, zakładającą budowę krzywych ścian w celu irytacji pedantycznych Holendrów\n\n28 czerwca – Franciszek Ferdynand wyjechał na ulicę Sarajewa. Nie wiedział, że Gawriło Princip był Spritem, a on tylko pragnieniem.\n28 lipca – Austria wypowiedziała Serbii wojnę. Rozpoczęła się wojna w Jugosławii I wojna światowa.\n1 sierpnia – Niemcy wypowiedziały wojnę Rosji. Na wszelki wypadek zabrali kurtki, gdyby walka na froncie przedłużyła się.\n2 sierpnia – Niemcy znaleźli na mapie Luksemburg.\n3 sierpnia – Niemcy wypowiedzieli wojnę Francji.\n4 sierpnia – Wielka Brytania wypowiedziała wojnę Niemcom.\n5 sierpnia i kolejne dni – X wypowiedział wojnę Y. W sumie można wstawić tutaj dowolne państwa, będzie się zgadzać...\n24 grudnia – Niemcy z Brytyjczykami podzielili się opłatkiem. Generałowie też. I ten oto sposób zwierzęta przemówiły ludzkim głosem.\n\nUrodzili się\nTak naprawdę nikt z znanych ludzi się wtedy nie urodził. Żołnierze zamiast zająć się żonami i dziewczynami poszli na front...\n\nZmarli\n6 kwietnia – Józef Chełmoński, polski malarz, którego największym sukcesem był sprzedaż obrazu.\n\nen:1914", "token_count": 532} +{"added": "2026-09-29", "author": "nonsensopedia contributors", "created": "2021-10-04", "id": "nonsa_4992", "license": "CC-BY-SA-3.0", "source": "nonsa", "text": "Jeden z mądrzejszych (p)osłów\n\nOn także mógł zostać (p)osłem!\n\nPoseł – osioł (gw. oseł) z przedrostkiem „p” (palant). Osoba, której nie powiodło się w życiu, nie znalazła pracy lub z niej wyleciała. Poza tym ogromnie zakompleksiona i żądna władzy oraz uprawiająca wszelkie rodzaje kumoterstwa oraz działania korupcyjne. Brak sukcesów zawodowych posła tłumaczyć można niezwykle zaawansowanym poziomem wizjonerstwa, ocierającym się o abstrakcję. Żaden przeciętny obywatel nie jest w zasadzie zrozumieć wizji posła, nie mówiąc o uznaniu ją za rzeczywistą oraz rozsądną, a powszechnie panuje plotka, że nawet sam poseł rzadko wie o co mu chodzi.\n\nPoseł do niedawna charakteryzował się brakiem wykształcenia. Teraz w większości posiada ukończoną podrzędną szkołę wyższą, w której nabył prawa do pracy magisterskiej. Ukończony kierunek studiów posła to przeważnie historia lub psychologia, co jak się okazuje pozwala mu być specjalistą z zakresu podatków, ubezpieczeń społecznych lub też innych strategicznych dziedzin gospodarczych.\n\nPoseł (ww. osioł) jest zwierzęciem stadnym, a jego trwającą cztery lata kadencję najlepiej opisać na przykładzie zachowania stada świń przy korycie. Poseł – podobnie jak świnia – najpierw musi się do koryta dopchać, a kiedy to uczyni robi wszystko, aby się przy nim utrzymać jak najdłużej. Poseł nigdy nie napcha się do syta, a po odbyciu kadencji „idzie na ścięcie” przeważnie pozostając bez godności, wstydu, honoru, zaufania czy też jakichkolwiek oznak człowieczeństwa.\n\nW ramach przerw w przepychankach przy korycie, ulubionym zajęciem posła jest tarzanie się w błocie, lub mieszanie z nim innych posłów, używając w tym celu jedynie chwytów poniżej pasa. Tarzając się w błocie posłowie preferują przede wszystkim takie czynności jak: publiczne poniżanie siebie oraz innych członków stada, sabotaż, podstęp... tudzież organizacje perwersyjnych, ostro zakrapianych spotkań.\n\nArena, na której odbywają się wyżej wymienione czynności, potocznie nazywana jest Sejmem. Sejm jest specyficznym miejscem pracy, w którym tolerowany jest stan „na gazie”, z niewiadomych przyczyn uznawany za naganny we wszystkich szanujących się przedsiębiorstwach.\n\nZachowanie posła w czasie kadencji pozwala stwierdzić, iż jest ono bliskie zachowaniu innego, cieszącego się podobnym poziomem szacunku członka społeczeństwa – złodzieja, dokładniej kieszonkowca. Wynika to z faktu, iż wspomniany żer posła zbudowany jest w większości z oszczędności oraz wynagrodzeń obywateli, będących pochodną ich ciężkiej pracy oraz posiadanych kompetencji, które to z kolei są pojęciem abstrakcyjnym dla posła.\n\nPoseł ze względu na posiadany poziom inteligencji nie ma wstępu do Media Markt; nie powinien mieć również wstępu do takich miejsc jak: urząd skarbowy, bank, kino, teatr, supermarket, czy kościół.\n\npremier prezydent złodziej", "token_count": 1034} +{"added": "2026-09-29", "author": "nonsensopedia contributors", "created": "2025-05-18", "id": "nonsa_28130", "license": "CC-BY-SA-3.0", "source": "nonsa", "text": "Mecz Meksyk vs. Angola (Mundial 2006) rozpoczął się 16 czerwca o godzinie 2100. Meksykanie podczas odgrywania hymnu swego kraju śpiewają głośno. Prawe ręce trzymają w charakterystyczny sposób przy sercu. Mecz rozpoczął się punktualnie o 2100. Drużyny faulowały się jak tylko już od pierwszych minut; w końcu nawet zniesiono kogoś z boiska. W 22 minucie z boiska dało się słyszeć obój, co jest o tyle dziwne, że tego europejskiego instrumentu nie uświadczysz w żadnym z krajów, które rozgrywały mecz. Korzystając z okazji, że nic się na boisku nie dzieje pragnę przypomnieć, że nasza reprezentacja nie ma już szans na wyjście z grupy. Pod koniec pierwszej częsci spotkania, do której sędzia doliczył 2 minuty Meksykanie oddali groźny strzał z 5 metrów, który został jednak zablokowany. Wreszcie!!! Koniec pierwszej połowy, jednej z najsłabszych w całych mistrzostwach.\n\nDo przerwy remis – 0:0\n\nDrugą połowę rozpoczynają piłkarze z Angoli. Piłkarze Meksyku parę razy centrowali w pole karne, lecz to nie przynosi, jak narazie, rezultatu. Nic się nie dzieje, nic! Kompletne dno! W 80 minucie spotkania czerwona kartka dla Andre, który ręką zatrzymał kontrę Meksyku. Wreszcie jakieś emocje. Dalej jednak znów nudny mecz... sędzia doliczył do spotkania 3 minuty, jednak w ciągu nich nic się nie stało.\n\nTen emocjonujący mecz zakończył się wysokim remisem – 0:0.", "token_count": 514}