Datasets:
Tasks:
Text Generation
Modalities:
Text
Formats:
parquet
Languages:
Polish
Size:
10K - 100K
License:
File size: 80,408 Bytes
09f62dc | 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 | {"added": "2026-09-28", "author": "nonsensopedia contributors", "created": "2020-04-30", "id": "nonsa_214324", "license": "CC-BY-SA-3.0", "source": "nonsa", "text": "__NOTOC__\n800px|center\nGdy Roswell mrok spowija ciemny\nZ lochów wypełza nieczysta\nKapłanka dziada Antychrysta\nSaksofon trzyma niewierny\n\nPod Stalingradem Ruski wstają\nDosiadają żelaznych słoni\nNiemcom w mordę dać gotowi\nZa Rasputinem podążają\n\nA ja stoję u bram szaleństwa\nPragnących całej mojej wiedzy\nPatrzę więc przez szparę pomiędzy\nPewny jestem niebezpieczeństwa\n\nStoję tak zawieszony między\nSzczurem a prawdą bezeceństwa\n\nProlog\nRzymianin w chitonie stał naprzeciw tronu w pałacu wielkiego Królestwa Wschodniej Nonsensopedii i walczył z bezładnie wiszącą na barkach peleryną. Król Artur XXI uśmiechał się do niego z politowaniem.\n– Ave Rex – stwierdził, gdy w końcu udało mu się opanować niesforną pelerynę.\n– Ave ja – odparł król nie przestając uśmiechać się ironicznie.\n– Romani te salutant – Rzymianin ukłonił się. Zrobił to tak zamaszyście, że peleryna opadła mu na głowę.\n– Nienawidzę łaciny – wtrącił milczący do tej pory marszałek Joachim gegen Schaschlik.\n– Żeby on jeszcze mówił po łacinie – podsumował Artur – Jesteś hańbą dla swego narodu.\nRzymianin pisnął rozpaczliwie. Nie zrozumiał o co chodzi, ale na pewno było to coś złego. Zdecydował się uciec czym prędzej i zaszyć się w jakimś ciemnym kącie.\n\nOazę spokoju znalazł pod stojącym w kuchni stołem.\n– Co się stało? Pogłaskać cię? – zapytała ochmistrzyni, Beatrycze.\n– Oni są dź... dziwni. Mówią, że jestem hańba dla swojego narodu.\n– Kto?\n– K... Król i wielki m... marszałek!\n– Bo oni są homogenizowani, wiesz?\nWtedy dla Rzymianina wszystko stało się jasne. Takie zepsucie moralne nie mieściło się w jego prawicowym umyśle. Ale wiedział co powinien zrobić. Ogłosić to światu.\n\nNatychmiast wygrzebał się spod stołu i sięgnął po papier. Po chwili sensacyjny list do największej gazety w kraju był już gotowy...\n\nRozdział I\nDrzwi do sali tronowej rozwarły się z trzaskiem. Wpadł przez nie ciężko zdyszany hrabia Serscull.\n– Co się stało? Spokojniej trochę, bo jeszcze zawału dostaniesz! – krzyknął wbrew swojemu majestatowi król.\n– Wstrząsające wieści! Król Grzegorz Wielki abdykował. A wraz z nim jego wasale.\n– Ale jak to?\n– Tak to. Powiedział, że ma to wszystko gdzieś i wyjeżdża do MKM.\nKról westchnął.\n– To znaczy, że zostałem sam z tym całym burdelem? Ech... Barbarzyńcy nas zaleją. Nie obronimy się.\n– E tam, zrobimy im z dupy jesień średniowiecza – odparł wyraźnie uradowany marszałek. – Wojsku i tak już zaczyna się nieźle nudzić.\n– Chyba nie rozumiesz powagi sytuacji, marszałku. Grzegorz wyjechał z całą szlachtą. Chłopstwo lada moment rozlezie się po kraju niszcząc to, co udało nam się do tej pory zbudować.\n– A gdzie jest to całe MKM? Nie kojarzę tego kraju. To jakaś Mała Koalicja Masochistów?\nHrabia zasępił się.\n– Gorzej. Miłośnictwo Komunikacji Miejskiej. Nie ma od tego odwrotu. Tamtejsze autobusy zatrzymują się tylko raz, gdy zabierają pasażerów. Nigdy nie można już z nich wysiąść.\n– To niedobrze – zgodził się król. – Trzeba to skontaktować z regentem Pacino.\n– Daj spokój – wtrącił Schaschlik – Regent jest daleko. Zanim dotrze do niego posłaniec wszystko zdąży nam dupnąć. Proponuję rozwiązać sprawę jak najszybciej. Dacie radę, hrabio wziąć pod swoją opiekę trochę osieroconych po Grzegorzu ziem?\n– Pewnie – stwierdził Serscull, a oczy aż zabłysły mu ze szczęścia. – Ale tylko przejściowo... bo wiecie, chciałbym się poświęcić innym rzeczom, a nie tylko sprawdzać ostatnie zmiany w finansach.\n– Hmm... Był tu jeszcze jeden taki Andrzej, dziewiętnasty syn Arnolda. Całkiem niezłe szaszłyki przyrządzał. Wręcz wystrzałowe. Może wynieść go na szlachcica i dać mu trochę ziemi tam? – zaproponował marszałek.\n– Tak. To dobry pomysł. Ale co to za szlachcic bez nazwiska? Niech będzie po prostu Andrzej Dziewiętnasty – zgodził się król. – To jak? Po dziabągu?\n– Dziabąga też zabrali – wtrącił hrabia.\n– Ja nie o tym. Napić się chciałem.\n– No to po dziabągu! – zgodził się hrabia. – A jutro pojedziemy oglądać moje nowe ziemie!\nChwilę potem służba wniosła do sali tronowej suto zastawiony stół z alkoholami i najprzedniejszym jadłem. Uczta trwała do białego rana.\n***\nWędrowiec szedł przez gęsty las. Jego poprzecierana, brudna skórzana kurtka wskazywała na to, że wędrował już od wielu dni. Był stary, ale wciąż niebezpieczny jak wilk.\n\nDaleko w oddali dostrzegł drżące światło. Miał zamiar dotrzeć do stojącej niedaleko gospody, ale zaciekawił go ten płomień. Przecież znacznie prościej byłoby po prostu udać się do gospody. A to rodziło przypuszczenia, że prawdopodobnie źródłem światła było ognisko w obozie jakichś zbirów, którzy tylko czekali na niewinnych przechodniów. Stary tym bardziej uznał, że tym bardziej powinien coś z tym zrobić. Jeszcze ktoś przez nich by ucierpiał.\n\nKu jego zaskoczeniu, przy ognisku siedział tylko jeden, niewiele młodszy od niego samego osobnik. Na pewno nie stanowił zagrożenia, więc podróżnik wyłonił się z krzaków.\n– Witaj – powiedział. Mężczyzna nie odpowiedział mu jednak, tylko dalej wpatrywał się dalej w płomienie.\n– Kiedyś to wszystko było moje – stwierdził wreszcie.\n– Ale co? Ktoś spalił ci dom, dobry człowieku? – nie zrozumiał wędrowiec.\n– Nie. To wszystko, cały kraj. A potem przyszła ta jędza i zniszczyła wszystko!\nPo tych słowach zrozumiał wszystko. Człowiek, który przed nim siedział, był legendą samą w sobie. Legendą, która równie dobrze mogła okazać się koszmarem, wyłaniającym się z przeszłości. Tylko, że...\n– Nie możesz być Zelem Deletem. Zabito go. I to co najmniej dwa razy.\nDelet parsknął śmiechem.\n– To był tylko mój klon, ale jak widać nieudany. Ja nie dałbym się tak łatwo podejść. Jestem na to za sprytny.\n– I dlatego siedzisz w środku lasu, zamiast w gospodzie nieopodal?\n– Oj tam. Siedzenie w gospodzie jest zbyt mainstreamowe. Zresztą, tu chyba nie ma żadnej gospody... A przynajmniej za moich czasów nie było.\n– Jest. Nakazałem ją wznieść, gdy to ja byłem tu władcą. – Wędrowiec uśmiechnął się pod nosem.\n– Pokażesz mi gdzie jest ta gospoda?\nPodróżnik nie mógł odmówić przypadkowo spotkanej niezwykłej postaci.\n\nNiebawem dotarli do stojącej na rozstaju dróg gospody. Przed nią stała zaprzężona w sześć koni kareta.\n– Hmm... Dróg też za moich czasów nie było. Co to za powóz? – zapytał Zel.\n– Pewnie pomysł króla Artura. Nie wiem, dla mnie to zawsze był przerost formy nad treścią. Ale Artur zawsze to lubił. Swoją drogą to dobrze, przynajmniej poznasz obecną ekipę.\nWeszli do środka. Większość stołów zajmowała królewska świta i sam król, rozmawiając ze sobą żywo. Wszelkie rozmowy ucichły jednak, gdy podróżnik wszedł do środka.\n– Witam wszystkich. To jest Zel... – urwał nagle. Przeraźliwą ciszę przerwało tylko krztuszenie się Artura. Schaschlik poklepał go w po plecach, dzięki czemu Artur wreszcie wypluł jabłko.\n– Ten Zel? – zapytał z cielęcym zachwytem w oczach.\n– Zróbmy go od razu nowym współkrólem – odezwał się młody lokaj, Dominiol.\n– A co ty masz do gadania w tej sprawie? – obruszył się Artur. – A wracając... Jak mówiłem, zrobimy cię współkrólem in Dei gloria. De Vocém, daj mi niezbędne papiery, zaraz restytuujemy pana.\n– Ale ja się nie zgadz...\n– Dawaj te papiery albo wrażę ci zaraz miecz w d... – wyraził sugestywny sprzeciw marszałek.\n– Tak. Już, oczywiście – De Vocém posłusznie wykonał polecenie.\nDelet wpatrywał się w kartkę z wyraźnym zakłopotaniem.\n– Dobra, wrócimy do tego kiedy indziej – przerwał nerwową ciszę król. – A teraz radujmy się i pijmy!\n***\n– Mówię ci, że powinniśmy zaczekać na de Vocéma, on by wiedział jak przebić się przez tę ścianę – stwierdził Parry uderzając kilofem w ścianę w lochach głęboko pod pałacem.\n– Nie ma czasu. Ona tam jest i czeka na nas! – odparł Optdex. Choć jego twarz nie wyrażała żadnych emocji, w głosie dało się wyczuć lekką nutę podniecenia.\nDwóm arystokratom, samozwańczym zapalonym archeologom udało się w końcu przebić przez gruby mur. Ich oczom ukazało się niewielkie pomieszczenie, na środku którego stała dziwna maszyna, bądąca bardzo skomplikowanym układem belek, wałków, taśm i kominów z dodatkowym panelem sterowniczym. Odchodziły od niej setki kabli różnego koloru i grubości.\n– Legendarna maszyna różnicowa! – oświadczył Optdex. Jego oczy zalśniły niezdrowym blaskiem, a usta kąciki ust uniosły się o kilka milimetrów. Parry jeszcze nigdy nie widział, żeby przyjaciel się uśmiechał.\n\nOptdex podszedł do pulpitu maszyny i nacisnął kilka przycisków. Nic się nie stało.\n– Nie działa – stwierdził i natychmiast posmutniał. – Ale mam pomysł!!! Wywalimy tę maszynerię! Zamiast niej zrobimy taki elektroniczny bajer! I wszystko będzie działać! Wystarczy, że wywalimy tę rolkę, tu poprowadzimy kabelek...\nParry nie wiedział co odpowiedzieć. W zasadzie po całodniowym waleniu kilofem w mur myślał tylko o czekającym na niego w pałacu zimnym piwie. Z drugiej strony chciał też pomóc przyjacielowi. Wreszcie jednak piwo wygrało. Rzucił krótkie „Cya” i ruszył na powierzchnię. Gdy wychodził, usłyszał jeszcze głos Optdexa:\n– To działa!!!\nOptdex nie mógł uwierzyć własnemu szczęściu. Wystarczyło tylko podmienić przestarzałe jądro maszyny na dzieło jego autorstwa i wszystko ruszyło. Zastałe, nieużywane od wielu lat tryby na nowo ruszyły.\n– Sen to czy java? – wymamrotał Optdex. Nacisnął kilka przycisków. Z zewnątrz doszedł go dźwięk grzmotów.\nWiedział, że maszyna jest potężna, ale nie sądził, że będzie mógł dzięki niej niemal dowolnie sterować całym światem. Od razu mu się to spodobało i postanowił przetestować jej możliwości.\n***\nStarsza kobieta szła jedną z ulic królewskiego miasta. Nagle podbiegł do niej zamaskowany osobnik i wyrwał jej z dłoni siatkę z zakupami. Nie minęła chwila, a na nie niebie pojawił się dziwny kształt. Nie ptak... nie samolot... lecz Człowiek-Patelnia. Jego pseudonim wziął się stąd, że jako broni używał śmiercionośnej patelni, która zapewniała mu też zdolność do lotu. Człowiek-Patelnia natarł na złoczyńcę i zdzielił go patelnią w głowę.\n– A masz, wandalu ty! – ryknął i poprawił jeszcze raz z całej siły. W zasadzie poprawiał tak do skutku, aż mózg i wnętrzności bandyty spłynęły do rynsztoku.\n\nGdy sprawa została definitywnie zakończona, Człowiek-Patelnia wygrzebał zakrwawioną siatkę z zakupami z rozpływających się wnętrzności złodzieja (przypadkiem musiał użyć jej zamiennie z patelnią) i podał ją babinie z promiennym uśmiechem na twarzy. Ta przyjęła ją niepewnie. Człowiek-Patelnia nie liczył jednak na podziękowania i natychmiast odleciał nieść pomoc w innym miejscu.\n***\nInsana zbierała grzyby w jaskini nieopodal miasta. Matka mówiła jej, żeby nigdy tego nie robiła, gdyż było to zbyt niebezpieczne, ale dziewczyna nie słuchała matki. W zasadzie nie słuchała nikogo. Robiła tylko to, co było w jej mniemaniu dobre dla niej samej. A takie było zbieranie grzybów jaskini. W jednej chwili tutaj mogła nazbierać ich znacznie więcej niż przez cały dzień chodząc po lesie. Na dodatek te grzyby świeciły tak fajnie na niebiesko...\n\nW miarę jak dziewczyna schodziła coraz głębiej ogarniał ją niepokój. Wnętrze jaskini z epatującego niezrównaną dzikością, ale nie niechęcią zamieniło się w niezwykle mroczne i posępne miejsce. W pewnym momencie Insana miała ochotę się wycofać, ale nagle usłyszała dochodzący z wnętrza jaskini dziwny głos.\n– Zejdź niżej – odezwał się. W odpowiedzi Insana wrzasnęła wzywając na pomoc Człowieka-Patelnię, choć wątpiła, żeby ten ją usłyszał.\n– Zejdź w dół, do samego serca mojego jestestwa. Mam ci coś do zaoferowania – odezwał się ten sam głos. Gdy Insana wsłuchała się w niego postanowiła sprawdzić skąd dochodził. Po głębszym zastanowieniu wydał się jej bowiem zbyt ciepły jak na należący do kogoś niebezpiecznego.\n\nGdy schodziła w dół, nagle usłyszała dziwne sapanie. Przyspieszyła kroku, ale odgłos nie milkł. Wreszcie dotarła na samo dno. Znalazła się w niewielkiej, owalnej komnacie. W jej centrum, skąpany w dziwnym niebieskawym świetle grzybów stał elipsoidalny głaz. Najgorsze było jednak to, że nie było żadnej innej drogi ucieczki, a sapanie nie chciało zamilknąć ani trochę. Wreszcie Insana usłyszała głos:\n– Tu jesteś, dziewczynko – rozpoznała go. To Człowiek-Patelnia przybył ją uratować. – Uciekałaś tak szybko, że nie mogłem cię dogonić. Co to za dziwny głaz?\n– Jam jest wielki mistyczny ziemniak, freudowska reprezentacja ego waszej cywilizacji – odezwał się głos, który zwabił Insanę do wnętrza jaskini. – Jam jest początkiem i końcem, alfą i omegą, transformacją i kładem, naprężeniem stycznym i poprzecznym...\n– Zrozumiałam za pierwszym razem – wtrąciła nieśmiało Insana. Nie miała ochoty przerywać czemuś, co jest wielkie i mistyczne, ale nie mogła słuchać tak bezsensownego ględzenia.\n– Milcz, jak do mnie mówisz, dziewczynko! – oburzył się wielki mistyczny ziemniak. – Wybrałem cię... Wybrałem was oboje abyście zanieśli ludowi Nonsensopedii moje przesłanie. Dwudziestego czwartego dnia miesiąca, gdy słońce chylić się będzie ku zachodowi, narodzi się dziecię, które zaprowadzi naród wybrany do życia wiecznego, a imię jego będzie Mesjasz, co znaczy... przepraszam, nie ta kartka. Lud tej ziemi zapomniał co znaczy prawdziwy nonsens, od czego wzięła się nazwa tej ziemi. Już od dawna nie obchodzi starych świąt i nikt nie kłania się ziemniakom na moją pamiątkę. Tak dłużej być już nie może. Przywróćcie stary porządek ziemi, na moją chwałę.\n– Tak jest, wielki mistyczny ziemniaku – zgodziła się Insana.\n– Tak jest – przytaknął natychmiast Człowiek-Patelnia.\n– I nie lękajcie się, bo ja czuwam.\nŚwiatła pochodzące od grzybów nagle zgasły. Oboje odczytali to jako znak, że bóstwo, czy też jak samo o sobie powiedziało, freudowska reprezentacja ego opuściła to miejsce.\n\nOboje wyszli na zewnątrz. Niby pozostali tacy sami, ale jednak inni. Teraz wypełniała ich siła bóstwa, które powierzyło im rolę do wypełnienia.\n\nRozdział II\n– Co wy tu psujecie? – zapytał nadworny inżynier Dreadlish. Jak zawsze trzymał w pogotowiu lutownicę. Zazwyczaj używał jej tylko do naprawiania różnego sprzętu, ale kiedyś podobno wraził ją w dupę jakiegoś niepokornego szlachetki. Od tego czasu reszta arystokracji traktowała go z należnym szacunkiem.\n\nOptdex, jak to miał w zwyczaju, nie palił się zbytnio do odpowiedzi. Nawet nie oderwał się ani na chwilę od pulpitu sterowniczego maszyny, przy której stał. Widząc to, Parry zdecydował się odpowiedzieć za niego:\n– Znaleźliśmy tutaj taką fajną maszynę, jak widzisz. A czemu w ogóle pytasz?\n– Bo w ciągu ostatnich pięciu minut z nieba spadł grad wielkości kurzych jaj oraz deszcz pięciozłotówek. Pomyślałem, że macie z tym coś wspólnego.\n– Bo mamy. Ta maszyna pozwala kontrolować pogodę, ale nie wiemy jak ją obsługiwać. Ale ciekawsze jest to, że dzięki niej można tworzyć przedmioty! Patrz! – stwierdził nagle Optdex i nacisnął z pozoru losową kombinację klawiszy na pulpicie. Chwilę potem z pałacowego dziedzińca dobiegł upiorny wrzask, który nagle się urwał.\n– Ups... Chyba kogoś przygniotło drzewko – wymamrotał Optdex.\n– JA PIERDOLE – skwitował całe zajście Dreadlish. Parry przyznał mu cichą rację.\n– Na razie zdarzają się błędy, ale wkrótce uda nam się to jakoś zoptymalizować – zapobiegawczo bronił się Optdex. – Przy okazji, mógłbyś przysłać tu kogoś z powierzchni z żarciem? Głodny się zrobiłem.\n– Jeśli ma to kogoś uratować przed przygnieceniem przez spadające drzewo, mogę wam coś zorganizować – odparł Dreadlish i zwrócił się ku wyjściu. Wychodząc zaś podśpiewywał piosenkę o Głodnie.\n***\n– Niechaj wielki mistyczny ziemniak będzie z tobą, nieznajomy.\n– Czego ty chcesz, dziewczyno? – zapytał de Vocem. – Głowa mnie boli.\n– Nic dziwnego. Zostaliście napadnięci przez bandytów i ocaliła was tylko moc wielkiego mistycznego ziemniaka – odpowiedział mężczyzna w majtkach na spodniach, do których miał dodatkowo przytwierdzoną patelnię. – Jestem ZentroXenon, choć znany jestem także jako Człowiek-Patelnia.\n– Aha, to fajnie. A teraz pozwolicie państwo, że już sobie pójdę – odparł szlachcic i podniósł się pośpiesznie z posłania. Przeszedł kilka kroków, po czym zorientował się, że nie wie gdzie jest.\n– A zatem wracasz do nas, synu – stwierdził ZentroXenon na ten widok.\n– Chciałem tylko zapytać jak dostać się stąd do stolicy.\n– Zabierzemy cię tam. Ale dopiero wtedy, gdy przyjmiesz wiarę w wielkiego mistycznego ziemniaka.\n– A z czym to się wiąże?\n– A z tym – stwierdził ZentroXenon i zamachnął się patelnią. De Vocem w jednej chwili stracił przytomność. Tymczasem Człowiek-Patelnia zaczął mamrotać słowa w dziwnym języku. Nad sztywnym szlachcicem pojawiła się niebieska mgiełka, która wniknęła w jego ciało.\n– Teraz już będzie nas słuchał, tak jak pozostali. Niebawem zrobimy ziemniaczaną rewolucję! – ZentroXenon uśmiechnął się szeroko i pogłaskał swoją patelnię.\n***\nKról Artur z trudem wyjrzał na świtało dzienne. Nie przypominał sobie, co działo się wczoraj ani też co działo się dzisiaj. Jedyne, co go interesowało to pioruński ból głowy, upał i przeraźliwie ostre słońce.\n– Marszałku, zgaś to słońce, przeszkadza mi – stwierdził.\n– Było tyle nie chlać – odparł Schaschlik. – Być może wtedy by nas nie okradli.\n– A to u nas są takie gospody, co w nich kradną? – zapytał król. Wszystko mu się nie zgadzało, nawet w wyrazie twarzy Schaschlika było coś dziwnego.\n– Tak, i jeszcze w mordę dać potrafią, jakbyś nie zauważył. – Wreszcie Artur zrozumiał, co mu nie pasowało. Jego najdroższy marszałek stracił kilka zębów, a na dodatek miał podbite oko. Jak oni mogli!\n– Ale ja jestem cały, prawda?\n– Tak, nawet bandyci nie biją kobiet.\n– Nie rozumiem, co insynuujesz...\nSchaschlik westchnął. Nie chciał wdawać się w gierki słowne w takiej chwili i dziwił się, że król miał na to ochotę. Ale z drugiej strony on nie został tak solidnie obity.\n– A wiesz może kto mógł to zrobić?\n– Nie mam pojęcia. Ale znalazłem coś, co wygląda jak trotyl... Tylko kto używa trotylu w dzisiejszych czasach?\n– Może ten człowiek, który był tu wczoraj... jak mu tam było? Nieważne. W każdym razie wyglądał na dosyć staroświeckiego...\n– To możliwe. Zwłaszcza, że zniknął gdzieś zanim to wszystko się zaczęło. Nieważne. Zajmiemy się tym po powrocie do pałacu.\nKról nie miał innego wyjścia niż ponownie zgodzić się z marszałkiem. Schaschlik zawsze miał rację i zawsze mówił z taką pewnością siebie. Można było iść z nim nawet na koniec świata... jeśli jednak chciało się wystąpić przeciw niemu, można by od razu skoczyć z tego końca.\n\nNa zewnątrz zrujnowanej gospody czekał hrabia Serscull.\n– Wygląda na to, że powóz też nam ukradli, a resztę orszaku gdzieś wcięło – stwierdził.\n– A chuj z nimi – odparł marszałek. – Przynajmniej spokój będzie.\n– Mhm... Z tego co pamiętam, nieopodal mieszka hrabina matka Holly Blue. Ona z pewnością pomoże nam wrócić do stolicy.\n– To dobra myśl – przyznał król. – Holly robi świetną szarlotkę.\n– Jak możesz myśleć o żarciu w takiej chwili? – zapytał z lekkim wyrzutem w głosie marszałek.\n– Normalnie. Od myślenia o reszcie mam was. I Optdeksa.\nSchaschlik z trudem powstrzymał uśmiech. Ale uśmiechanie się nie było w jego stylu, musiał trzymać fason.\n\nTrzech ostałych przy życiu arystokratów ruszyło przez las do posiadłości hrabiny Holly Blue. Jak się okazało „niedaleko” wyglądało trochę inaczej, gdy nie jechało się wygodnym, klimatyzowanym powozem. Niemniej w końcu dotarli do celu. Na podwórzu przed dworkiem leżało kilka dorodnych psów. Każdy z nich wpatrywał się w przybyszy przekrwionymi oczyma, jakby zaraz miał ochotę rzucić się jednemu z nich do gardła. Mimo to, żaden atak nie nastąpił, dopóki Schaschlik nie nacisnął dzwonka do drzwi. Wtedy wszystkie psy rzuciły się na arystokratów ujadając wściekle. W samą porę drzwi otworzyły się.\n– Fifi, Lemmy! Leżeć! – W drzwiach stanęła sama hrabina. Wałek trzymany w dłoni nadawał jej groźny wygląd. Kiedy jednak ujrzała przyjaciół natychmiast rozpromieniła się.\n– Cześć, grubaski – stwierdziła. – Dawno nie odwiedzaliście mamusi, wiec mamusia musiała znaleźć sobie pieski do towarzystwa. Urocze, prawda?\n– W rzeczy samej – odparł Artur, czując jak jeden z ulubieńców hrabiny zaznajamia się bliżej z jego łydką.\n– Wejdźcie, rozgośćcie się. A ty Schaschlik, zawsze miałeś taką krzywą mordę czy ząb cię boli? – zapytała wszedłszy do hallu.\n– Napadnięto nas. Bandyci zabrali nam wszystko, łącznie z powozem, którym podróżowaliśmy – wyjaśnił Serscull.\n– Ale to nie wyjaśnia czemu Schaschlik ma taką krzywą mo... Ach, już rozumiem. Przepraszam. Ale nie martwcie się, mamusia zaraz coś na to poradzi.\n– Nie ma potrzeby – odparł Schaschlik. – Potrzebujemy tylko jakiegoś transportu i już nas nie ma.\n– I nie zostaniecie na podwieczorek? Taką pyszną szarlotkę upiekłam.\n– Nie ma...\n– Oczywiście, że zostaniemy – wszedł marszałkowi w słowo Artur. – Dla twojej szarlotki jestem gotów na wszystko.\nWkrótce arystokraci oddali się pysznemu posiłkowi, wolnemu od GMO i innego tałatajstwa.\n– To jak, hrabino, możesz nas jakoś przewieźć do stolicy?\n– Tak. Ostatnio znalazłam w stodole takie jedno Daewoo Tico. Nie wiem ile lat spędziło zagrzebane w sianie, ale powinno jeszcze działać.\n– Król nie może jeździć Tico. To nie przystoi – odparł Artur.\n– Zawsze możesz iść pieszo – wtrącił Schaschlik. – Albo zostać tutaj z pieskami.\n– Dobra, już nic nie mówię.\nArystokraci udali się do stodoły. Stało tam niewielkie zielone autko, które delikatnie kolebało się na boki. Po chwili wyłonił się z niego osobnik w słomkowym kapeluszu. W ręku trzymał wiązkę przewodów elektrycznych.\n– Urwało się – stwierdził nieco przepraszającym tonem. – Nazywam się Aaron McRela. Jestem kierowcą tego wehikułu. To znaczy, w zasadzie to auto steruje mną, ale to dość skomplikowane...\n– Niewątpliwie. Zawieziesz nas do stolicy?\n– To zależy czy Tico się zgodzi.\nKu zaskoczeniu arystokratów McRela podszedł do auta i przytuliwszy się do błotnika zaczął czule do niego przemawiać w jakimś nieznanym języku.\n– Tico się zgadza. Możecie wsiadać.\n\nMcRela usiadł na fotelu kierowcy. Czy też raczej w miejscu, w którym w normalnym aucie znajdowałaby by się kierownica. Tutaj bowiem był tylko goły pulpit, spod którego wystawały stosy kabli. McRela wyciągnął jeden z nich i umieścił sobie z tyłu głowy. Choć nie zrobił nic ponadto, wkrótce samochód odpalił i ruszył w kierunku bramy do stodoły.\n\nWkrótce samochód z najwyższymi władzami królestwa Nonsensopedii dotarł do stolicy. Nawet niewprawny obserwator mógł dostrzec, że w mieście dział się coś dziwnego. Na ulicach było pełno ludzi w burych habitach, którzy rozmawiali ze sobą przyciszonymi głosami.\n– Coś mi się wydaje, że będę się musiał zabawić niebawem w legata Amaury’ego – westchnął Schaschlik.\n– E tam, może to jakieś nietypowe święto – odparł Serscull.\n– Jedzie mi tu czołg? – zapytał Schaschlik wskazując na dłoń, której jechały właśnie dwa małe czołgi. – No dobrze, uznajmy, że masz rację.\nSerscull uśmiechnął się pod nosem.\n\nPo chwili dotarli wreszcie do pałacu. Ku ich zaskoczeniu absolutnie nikt nie wysilił się na jakiekolwiek powitanie, i choć dotarli już do sali wejściowej nie napotkali żadnej żywej duszy. Nagle jednak za plecami rozległ się dziwny dźwięk będący pomieszaniem jęków bólu i krzyków wściekłości. Zza załomu jednego z korytarzy wyłoniła się korpulentna niewiasta w bogato zdobionej sukni.\n– Dobrze, że jesteście. Już nie wytrzymywałam tutaj nerwowo – stwierdziła. – Wczoraj pojawił się tu jakiś facet i zaczął na wszystko i wszystkich narzekać. A już zwłaszcza na łacinę.\n– Na sancte linguę śmiał narzekać? – oburzył się król. – To jest... haniebne!\nTymczasem z innej strony również ktoś nadchodził.\n– ... a ponadto uważam, że te kartoteki są w ogóle nieuporządkowane. Dba w ogóle ktoś o to? – perorował męski głos.\n– Tak, mamy kilku skarbników. Zresztą, ja się na tym nie znam, ja jestem tu tylko bibliotekarką – odpowiedziała kobieta. Po chwili do komnaty trafiła Evelyn Maasdamer znana także jako Serowa Pani, oraz... Zel Delet.\n– Witam wszystkich. – Ukłonił się.\n– Jak to możliwe, że dotarłeś aż tutaj tak szybko, hm? – zapytał natychmiast Schaschlik wlepiając w przybysza lodowate spojrzenie. Delet miał wrażenie, że po tych szarych gałkach ocznych mógłby się ślizgać jak po lodzie.\n– Tak wyszło. Znam parę skrótów z dawnych lat, kiedy nie było tutaj jeszcze żadnych dróg – wyjaśnił niechętnie.\n– Czyżby? A mnie coś mówi, że miałeś coś wspólnego z napadem na nas – nie ustępował marszałek.\n– Zostaliście napadnięci? Tak mi przykro – zasmucił się Zel.\nSchaschlik miał już na końcu języka ciętą ripostę, ale przeszkodziła mu w niej spadająca z sufitu lodówka. Uderzyła z głośnym szczęknięciem o posadzkę i otworzyła się wysypując zawartość – kilkaset kilogramów ziemniaków.\n\nW sali zapanowała niezręczna cisza.\n– A co to miało być? – przerwał ją po chwili Delet. – Też jakaś nowość? Za moich czasów lodówki stały grzecznie na swoim miejscu.\n– Tak w zasadzie jest od wczoraj – stwierdziła księżna Argh. – Z nieba spadają różne rzeczy. Zaczęło się od gradu, potem były drzewa, a teraz lodówka wypełniona ziemniakami.\n– Ziemniaki? – rozległ się inny męski głos. Tym razem należał do Optdexa. – Miały być batony, zadeklarowałem to przecież wyraźnie. Maszyna nigdy się nie myliła.\n– Jaka znowu maszyna? – zapytał Schaschlik. Coś podpowiadało mu, że będą z tego tylko dodatkowe problemy.\n– A dokopaliśmy się do takiej maszyny w podziemiach. Dzięki niej możemy dowolnie kształtować rzeczywistość – wyjaśnił Optdex. – Muszę do niej iść czym prędzej, to naprawdę nie powinny być ziemniaki...\nOptdex oddalił się czym prędzej.\n\nTymczasem z zewnątrz zaczęły dochodzić dziwne dźwięki. Schaschlik wyszedł na balkon, chcąc zorientować się o co tyle hałasu. W jego stronę posypały się ziemniaki.\n– Pięknie, kurwa, pięknie – stwierdził, gapiąc się na postacie stojące na dole. Odpowiedziała mu jedynie kolejna fala ziemniaków.\n\nSchaschlik nie zamierzał się jednak tak po prostu wycofać. Zdecydował się zachować godność i sypnąć iście jadowitą wiąchą przekleństw. Posypały się kolejne ziemniaki. Tym razem jednemu z rzucających spadł kaptur, dzięki czemu marszałek mógł mu się dokładnie przyjrzeć.\n– De Vocem! Co ty tam do cholery robisz?! – wrzasnął.\n– Nie wiem – odparł de Vocem i wypuścił kolejnego ziemniaka z ręki. Następnie rzucił się w stronę bramy.\n– Za nim! Wskaże nam drogę do wejścia! – wrzasnęła inna postać żeńskim głosem. Schaschlik ukrył twarz w dłoniach i pozdrowił de Vocema ciepło w myślach. Wiedział jednak, że musi się pozbierać i opowiedzieć o wszystkim pozostałym.\n\nZszedł z balkonu. Zastał jednak już tylko kilka osób zasłuchanych w królu perorującym po łacinie.\n– Co się dzieje – zapytała Argh widząc jego ponury wyraz twarzy.\n– Zaraz wpadną tu rewolucjoniści. Ten dureń ich tu sprowadzi tunelem przez lochy. Ale ja się nie poddam bez walki! – Marszałek dobył miecza i ruszył biegiem w kierunku piwnicy. W połowie drogi uderzył jednak o niewidzialną ścianę.\n– Co jest? – zapytał. Nikt ze zgromadzonych w sali nie potrafił jednak odpowiedzieć.\n\nPo chwili w sali pojawił się Optdex i stwierdził z dumą:\n– Maszyna doniosła mi o jakichś rewolucjonistach. Ustawiłem bariery, dzięki którym nie dostaną się do środka.\n– Takie bariery? – zapytał Schschlik i postukał palcami o niewidzialną ścianę.\n– Najważniejsze, żeby działa... – Król urwał nagle, widząc wbiegającego de Vocema.\n– Idą tu – rzekł szlachcic. – A imię ich jest Legion.\n– To miecz w łapy i do roboty – stwierdził marszałek. – W najgorszym wypadku dostaniesz ziemniakiem! A swoją drogą, gdzie jest Delet?\n– A poszedł gdzieś – odrzekł Artur. – Co ja? Niańka jego?\nTymczasem do sali wpadł pierwszy miłośnik ziemniaków. Jego głowa spadła natychmiast z szyi ścięta jednym ciosem miecza marszałka.\n\nNiebawem do komnaty wtargnęło jeszcze kilku zwolenników ziemniaków, ale wszyscy polegli pod ciosami mieczy.\n– Tylko tylu? – zapytał Schaschlik, wycierając ostrze o jedno z trucheł.\n– Bo filtr działa – skwitował to Optdex.\nRzeczywiście po dotarciu do lochów marszałek ujrzał sporych rozmiarów tłumek rewolucjonistów, którzy rzucali ziemniakami w niewidzialną ścianę. Jeden z nich ośmielił się ponadto pokazać Schaschlikowi digitus infamis. Marszałek obiecał sobie, że nie puści tego płazem tak lekko.\n\nKról Artur spróbował dołączyć do swojego ulubionego marszałka w lochach. Natrafił jednak na kolejną niewidoczną ścianę. Pozostała jedynie wąska szpara między ścianą, a murem komnaty. Kiedy jednak król oparł się o niego plecami usłyszał dziwne skrzypienie, a ściana ugięła się nieco. Zaintrygowany, postanowił przyjrzeć się jej dokładniej. Jedna z cegieł w murze wyraźnie się zapadła. Artur postanowił ją wyjąć. W skrytce znalazł jednak tylko niewielką książeczkę. Przekartkował ją pośpiesznie.\n– Ja pierdolę!!! – stwierdził i padł nieprzytomny.\n\nRozdział III\n– I on, Grzegorz, przeciwko mnie! Oni... Wszyscy... Tylko spiskują... Chcą mnie pozbawić władzy – dyszał wściekły Artur.\n– Spokojnie. Zrobię ci herbatkę z melisy i zaraz poczujesz się lepiej – zaproponowała troskliwie Evelyn de Maasdamer nazywana serową panią.\n– Nie chcę żadnej herbatki – zbuntował się król i poderwał się z łóżka. – Chcę krwii! Krwi tych podłych zdrajców z MKM!\n– Z tym będzie ciężko, nikt nie chce wsiadać do pociągu, z którego nie da się wysiąść. Ale zawsze możesz ich oficjalnie wykląć – zaproponował usłużnie Schaschlik.\n– Nie wiem co bym bez ciebie zrobił, drogi Joachimie. Tak, oficjalnie ich wyklinam. Przerobienie ich na szaszłyki może trochę zaczekać. A co z ziemniakami? Czy chociaż sytuację w mieście udało się opanować?\n– Tak, obyło się bez większych strat w ludziach. W pewnym sensie... Ci rewolucjoniści to w większości nasi obywatele, także dość znaczni. Ale ja już prawie jestem pewien kto za tym stoi...\n– Daj spokój, nie wolno mu się denerwować – wtrąciła Serowa Pani. – Jeszcze dostanie zawału...\n– Chcę wiedzieć! Natychmiast! – wrzasnął król, faktycznie gotów od razu dostać zawału.\n– Delet, to on buntuje przeciwko tobie ludzi. Teraz znowu zniknął, założę się, że siedzi właśnie z ziemniakami i omawia sposób dostania się do pałacu. Pewnie chce przejąć władzę po tobie.\n– A dowody masz? – zapytała Evelyn.\n– Jeszcze nie. Ale to kwestia czasu – nie ustępował Schaschlik.\n– Cicho, lepiej pomyślcie co z tym zrobić...\nNagle drzwi do komnaty otworzyły się. Do środka wszedł nie kto inny jak sam Delet. W ręku trzymał torbę o nieokreślonej zawartości.\n– Przyniosłem pączki – stwierdził.\n– Pewnie zatrute. – Król nie zdążył ugryźć się w język.\n– Ale o co chodzi? Nie jestem w temacie – odparł Zel wyraźnie zaskoczony chłodnym przyjęciem. Albo też był jedynie bardzo dobrym aktorem. Nikt nie wiedział na dobrą sprawę czego można się spodziewać po osobie, która była swego czasu ścigana przez wszystkich łowców nagród w królestwie i nadal żyła.\n– O nic. Nieważne – stwierdził przepraszająco Artur. – Wielkie dzięki za prezent, po prostu ci rewolucjoniści wytrącili mnie z równowagi. Zresztą, errare humanum est.\nDelet wzruszył ramionami. Wolał nie ciągnąć na razie tego tematu, chociaż fałszywe oskarżenie nieco go zabolało.\n***\n– Oto i on – wydyszał Grzegorz. Wędrówka na sam koniec ciągnącego się kilometrami pociągu zajęła jemu i jego podwładnym wiele dni. Wreszcie znalazł sposób by zniszczyć Artura. Wiedział, że wtedy cała władza przypadnie jemu. Tylko jemu na absolutną wyłączność. To znaczy, przypadłaby, gdyby znalazł sposób na zatrzymanie rozpędzonego składu. To nie miało jednak teraz najmniejszego znaczenia. Liczyła się tylko zemsta.\n– Wygląda dość niepozornie – odważyła się zauważyć księżniczka Sandra nazywana niegdyś lordem Dziabągiem.\n\nRzeczywiście niewielki pluszowy miś nie wyglądał na tajną broń mogącą zagrozić najpotężniejszemu człowiekowi w Królestwie Nonsensopedii. Pod wpływem pytania Sandry stało się z nim jednak coś dziwnego. Czarne koraliki oczu rozjarzyły się dziwnym krwawym blaskiem, w pyszczku pojawiły się kilkucentymetrowe, ostre zęby.\n– Słyszałem cię – stwierdził miś głębokim, wibrującym basem i ruszył w stronę Sandry.\n– Dobry Uszatek, nie co się dener...\nBestia nie miała litości. Jednym sprawnym susem dosięgnął szyi Sandry i rozerwał jej krtań na strzępy. Następnie wychłeptał wyciekającą z rany krew siorbiąc obrzydliwie. Gdy ta przestała wreszcie wypływać otarł pysk łapą.\n– Bądź pozdrowiony Słyszący Uszatku, o potężny, któremu żaden mąż nie sprosta, ostatni z wielkiego rodu Misiów – rzekł niezrażony przykrym zajściem Grzegorz. – Przybywam by prosić cię o pomoc.\nDawny współkról wtajemniczył bestię w swój nikczemny plan. Uszatek słuchał pokornie, gdyż plan ten zakładał zaistnienie wielu trupów, z których wygłodzony długim postem miś będzie mógł wypić krew. Gdy tylko szczegóły planu zostały omówione miś teleportował się na miejsce przeznaczenia. Mógł to zrobić, gdyż nie był żywym człowiekiem, a jedynie animowanym przez magię pluszakiem.\n\nGrzegorz zaś udał się z powrotem do jednego z wcześniejszych wagonów, w którym inni jego podwładni realizowali właśnie inną część planu znaną pod kryptonimem „Wielki mistyczny ziemniak”.\n– Jak tam postępy? – zwrócił się do lorda Fallera, który właśnie pochylał się nad magiczną kulą.\n– Dupa nie postępy – odparł Faller. Nigdy nie grzeszył zbyt wyrafinowanym słownictwem, ale przynajmniej mówił konkretnie.\n– Skurczybykom udało się odeprzeć atak rewolucjonistów.\n– To było do przewidzenia. Jakie straty ponieśli?\n– Żadnych. Ludziom Insany nie udało się nawet wejść do pałacu. Zainstalowali tam jakieś bariery czy co.\n– Oby ich dzieci do końca świata dojeżdżały Jelczami do szkoły! Mnie poszło nieco lepiej. Uszatek zgodził się wspomóc naszą sprawę. Zapewne teraz jest już na miejscu. Powiedz Insanie przez ziemniaka, że ma wypełniać jego polecenia.\n– Robi się. A co z Dziabągiem?\n– Nie żyje. Stał się pierwszą ofiarą misia.\n– Trudno. Tak widocznie musiało być. Zresztą, od kiedy wykastrował się na tych torach i kazał się nazywać księżniczką Sandrą narobił nam więcej szkód niż pożytku w wizerunku. A teraz daj mi pracować, skoro mam wspomóc Uszatka – stwierdził Faller i potarł kulę. Robił to coraz energiczniej, aż w końcu stała się cała czerwona i gorąca. Grzegorz zawsze miał ochotę zapytać się go, po co to w ogóle robił skoro nie było to do niczego potrzebne. Wiedział jednak, że odpowiedź jednego z niewielu przyjaciół, jacy mu pozostali, mogła mu się nie spodobać.\n***\nInsana wydostała się z miasta tylko dzięki pomocy Człowieka-Patelni, który przeniósł ją na własnych plecach poza mury. Oboje skierowali się z powrotem do jaskini, w której spoczywał pomnik wielkiego mistycznego ziemniaka. Liczyli, że bóstwo okaże się łaskawe i wysłucha ich ponownie, a także doradzi, jakie działania podjąć po tak strasznej krwawej klęsce. Na ile oboje zdołali się zorientować w ilości zabitych, ponad trzy czwarte zaklętych patelnią wyznawców ziemniaka straciło życie w próbie szturmu na pałac Artura. Gdyby ten idiota de Vocem nie powiódł ich w tę pułapkę...\n\nOprócz posągu ziemniaka w najgłębszych czeluściach jaskini dojrzeli jeszcze dziwną postać pluszowego niedźwiadka. Nie ruszała się i wpatrywała w niezwykły posąg.\n– Kim jesteś? – zapytała Insana.\n– Jestem Słyszący Uszatek, brat Widzącego Oczatka i Węszącego Nosatka, ostatni z rodu Uszatków.\n– Co tu robisz?\n– Słyszący Uszatek jest moim wiernym sługą i umiłowanym synem – stwierdził wielki mistyczny ziemniak. – Zesłałem go, aby wspomóc was po klęsce, dlatego wypełniajcie jego wolę tak, jakby była moją wolą, a jego słowa moimi słowami.\n– Jak rozkażesz, o wielki mistyczny ziemniaku! – stwierdzili chórem Insana i Człowiek-Patelnia. Nie zamierzali się teraz tak łatwo poddać – nie po tym, jak spalili za sobą wszystkie mosty.\n\nRozdział IV\nMarszałek Schaschlik obserwował uważnie sytuację w mieście. Był gotów dołożyć wszelkich starań, aby sytuacja z rewolucjonistami więcej się nie powtórzyła, choćby nawet miał spalić całą stolicę. Dobro Królestwa było najważniejsze.\n\nA tymczasem bynajmniej sytuacja nie wyglądała lepiej. Na murach zaczęły pojawiać się rysowane od szablonu żądania odsunięcia króla od władzy. Rewolucjoniści czynili w nich różne absurdalne zarzuty, lecz zakończenie było zawsze to samo, „to nie jest przykład dobrego króla”. W dodatku wywody te podpisane były zawsze jako Słyszący Uszatek. Pojawiały się jednak zbyt szybko by przypuszczać, że było to dzieło jednej tylko osoby. A lud czytał... Czytał i lada moment mógł zacząć je brać cokolwiek na serio. Wszakże nie mylił się wujek Stalin w swoim stwierdzeniu, że kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą.\n\nNależało zatem działać. Wyciągnąć wszystkie oddziały z miejskich koszar i natychmiast zrównać z ziemią kryjówkę rewolucjonistów. Sęk jednak w tym, że jedynie on, Joachim gegen Schaschlik, zdawał się to rozumieć. Pozostali, którzy mieli cokolwiek do powiedzenia byli skupieni wokół Deleta. Deleta, który tajemniczo znikał zawsze w momencie, gdy działo się coś niebezpiecznego. Najpierw w trakcie najazdu „bandytów”, potem ziemniaczanych rewolucjonistów... Zapewne był kimś w rodzaju szpiega. A szpiegów należało eliminować najpierw.\n\nZ tą myślą marszałek udał się do króla, który jak zwykle był pochłonięty jakimiś niezwykle ważnymi rzeczami w rodzaju nauki trzeciej deklinacji łacińskiej. Schaschlik odnalazł go w jego prywatnych komnatach.\n– Musimy porozmawiać na osobności – rzucił.\n– Możemy mówić tutaj – odparł Artur. – Tutaj nie ma żadnych podsłuchów... chyba że jakieś założyłeś.\n– Chodzi o Zela Deleta, jestem niemal pewien, że jest szpiegiem ziemniaczanej rewolucji. Trzeba się go niezwłocznie pozbyć z pałacu.\n– Tak, zdecydowanie jest podejrzany. I jeszcze o wszystko się czepia. Że król powinien świecić przykładem dla swoich poddanych i tak dalej... A gdzie on był przez te wszystkie lata?\n– Zapewne gdybyśmy wiedzieli, poznalibyśmy się na nim prędzej. Teraz możemy się tylko domyślać, że obiecano mu objęcie urzędu królewskiego po tobie.\n– To możliwe. Dobrze... Zaraz napiszę odpowiedni dekret, którym pozbawię go wszystkich praw. Jako banita już nam nie zaszkodzi.\n– Pozostaje jeszcze jedna kwestia. Rewolucjoniści wypisują o tobie jakieś głupoty na murach. Gorzej, że lud to czyta i chętnie bierze sobie do serca. Dlatego uważam, że powinniśmy zgnieść ich z powierzchni ziemi, choćby zaraz. Moi agenci znaleźli już nawet miejsce, w które musimy uderzyć.\n– Zatem do dzieła. Daję ci wolną rękę. A w zaufaniu powiem ci, że mam pewne plany co do twojej osoby. Jeśli wszystko się powiedzie, obejmiesz stanowisko współkróla.\n– Świetnie.\nSchaschlik starał się udawać zaskoczenie, ale w pewnym stopniu spodziewał się takiego obrotu spraw.\n\nKtokolwiek miał trochę oleju w głowie domyślał się, że krwawe rozwiązanie problemu nie poprawi i tak już nadwerężonych nastrojów społecznych. Powołanie drugiego współkróla zaś uświadomi niedowiarkom, że Arturowi nie chodziło tylko o władzę.\n\nSchaschlik nie miał jednak czasu się nad tym zastanawiać. Pędem udał się do koszar, gdzie wydał rozkaz natychmiastowego wymarszu. Wiedział, że nie czeka ich daleka droga. Rewolucjoniści założyli swój obóz wokół jaskini zaledwie kilka kilometrów od granicy miasta. Dodatkowo lokalna topografia układała się na tyle korzystnie, że marszałek mógł obserwować bitwę ze wzgórza samemu pozostając poza zasięgiem strzał.\n\nŻołnierze wpadli między niczego nie spodziewających się wielbicieli ziemniaka. Siekli wszystkich, którzy znaleźli się w zasięgu mieczy. Rewolucjoniści nie mieli najmniejszych szans. Po zaledwie kilku chwilach została z nich tylko garstka najbardziej przezornych, którzy zdążyli chwycić za broń.\n\nSzczególnie dwóch żołnierzy, zakutych w ciężkie pancerze piechoty wyróżniało się skutecznością. Rąbali z wprawą najlepszych rębajłów na świecie aż w końcu utworzył się wokół nich wał z trupów. Mimo bitewnego zgiełku do uszu Schaschlika dotarły słowa rozmowy jaką ze sobą toczyli.\n– Czterdziesty siódmy, Bartuś – stwierdził jeden z nich podrzynając mieczem gardło kolejnemu z kultystów ziemniaka.\n– Cicho, Mil’enden – odparł drugi, wywijając młynka toporem jak zabawką. – I tak topory są lepsze. Czterdzieści sześć!\n– Nie masz racji. Zaprawdę powiadam, topory to broń dobra dla chłopów pańszczyźnianych, a nie rycerzy.\n– Skoro tak twierdzisz...\nBartd urwał nagle, gdyż niebo zakrył ciemny kształt.\n\nSchaschlik ujrzał wielkiego smoka, na którym siedział pluszowy miś. Nagle bestia ryknęła przeciągle. Zarówno Nonsensopedyści jak i rewolucjoniści stanęli w niemal zupełnym bezruchu, jedynie trzęsąc się ze strachu.\n– Co jest? – rozdarł się marszałek. – Wykończyć te ziemniaczane pokraki, a nie się lenić! Chyba że chcecie żebym zrobił wam z dup jesień średniowiecza!\nZachęceni ciepłymi słowami żołnierze natychmiast wrócili do walki.\n\nTymczasem smok usiadł na ziemi. Miś ruszył naprzeciw jednemu z walczących i rzucił mu się do gardła. Żołnierz jednak uskoczył zwinnie i zdzielił pluszaka w plecy aż posypały się kłaki.\n– Dobrze walczysz, mężu – powiedział Uszatek i ponownie ruszył do ataku. Żołnierz znów zdołał uchylić się przed atakiem, po czym w nieoczekiwanym geście zrzucił hełm.\n– Jestem cebulą, nie mężem! – ryknął kobiecym głosem i rozbił misiowi czaszkę. Stało się jasne, że rewolucja została niemal ostatecznie stłumiona.\n\nWkrótce padł ostatni z walczących. Przezorny marszałek postanowił jednak udać się do jaskini. Nie znalazł tam jednak niczego więcej ponad prymitywny totem. Mimo to zdecydował o zasypaniu wejścia raz na zawsze. I tak spustoszenia, które miały tu swój początek, były zbyt pokaźne.\n***\nZel Delet nie mógł uwierzyć w to, co właśnie czytał. Pozbawiono go wszelkich praw. Na dodatek Artur nie miał nawet odwagi powiedzieć mu tego prosto w oczy, tylko zasłaniał się ohydnymi dokumentami. Delet pogniótł kartkę i wyrzucił ją za plecy. Wywołało to reakcję dwóch rosłych żołnierzy – dostawców owego obrzydliwego paszkwila – którzy ruszyli w jego stronę by nawet siłą wyrzucić go z pałacu. Jego, bez którego nic co znali by nie istniało.\n– Nie trzeba. Sam wyjdę – rzucił oschle.\n\nŻołdacy nie śmieli go nawet dotknąć. I dobrze, bo mogli tego żałować do końca życia. Być może Delet został pozbawiony praw publicznych, ale na pewno nie zamierzał rezygnować z tego powodu z godności. I wciąż miał parę asów w rękawie, których gotów był użyć gdyby zaszła taka potrzeba.\n***\n– Idą po nas – stwierdziła Insana. Nawet tu, do samego serca jaskini dotarły odgłosy walki. Walki, której wyniki były znane zanim jeszcze na dobre się rozpoczęła.\n– Możemy jeszcze uciec – odparł Człowiek-Patelnia z właściwym sobie optymizmem. – Jest tyle innych miejsc, w których można żyć poza Nonsensopedią.\n– Ale jak chcesz uciec? – zapytała Insana drżącym głosem. – Jedyna droga prowadzi na miejsce bitwy. Schaschlik nas nie oszczędzi, to okrutna bestia.\n– Chwyć się mnie mocno – odparł tylko ZentroXenon i ujął swoją patelnię. Ta natychmiast pchnęła go ku górze bez trudu przebijając strop.\n\nWkrótce oboje niedoszłych rewolucjonistów zostawiło walczących za plecami i odlecieli poza horyzont.\n\nEpilog\nTeraz, gdy zagrożenie zostało bezpowrotnie zażegnane, Artur postanowił wypełnić obietnicę daną jego ulubionemu marszałkowi. Żal mu było rozstawać się z Schaschlikiem, który zapewne zechce przeprowadzić się do opuszczonej od czasu wyjazdu Grzegorza wschodniej rezydencji. Aby jak najbardziej odwlec ten moment zdecydował się powitać zwycięzcę ze wszystkimi należnymi mu honorami w tym z tryumfalnym przejazdem przez miasto.\n\nTo było coś pięknego. Tłum wiwatował przez cały czas, gdy jechali przez stolicę odkrytym powozem, błogosławiąc wszystkim zgromadzonym. Nagle przed pojazd wybiegła wysoka tleniona blondynka i zrzuciła bluzkę. Powóz, pomimo niewielkiej prędkości, wyhamował na tyle ostro, że obaj pasażerowie wywrócili się. Gdy Artur podnosił się, nagie, falujące w podskokach piersi dziewczyny znalazły się zaledwie kilka centymetrów od jego twarzy.\n– Podpiszesz mi się na dekolcie? – zapytała. Na szczęście czujni żołnierze już zmierzali w ich stronę, aby odciągnąć niebezpieczną fankę.\n\nArtur zaś zdołał się w końcu podnieść. Gdy powóz ruszył dalej, stwierdził:\n– To było okropne.\n– Być może. Nie mam fanek, więc nie wiem – odparł marszałek i na wszelki wypadek odsunął się od przyjaciela o dwa metry. Wolał nie sprawdzać czy ten Rzymianin, którego mało nie kazał skrócić o głowę, przynajmniej w połowie nie miał racji.\n\nNonsensopedia – początek\nNonsensopedia II – Bluźnierczy kod\nNonsensopedia III – Koniec\nNonsensopedia IV – Kill'em All\nNonsensopedia – The Next Generation\nNonsensopedia Special – Tydzień dla dyrektora\nKroniki Nonsensopedii cz. 2", "token_count": 17232}
{"added": "2026-09-28", "author": "nonsensopedia contributors", "created": "2017-02-15", "id": "nonsa_195085", "license": "CC-BY-SA-3.0", "source": "nonsa", "text": "thumb|200px|Jesteśmy gotowi do usług!\nHotel 52 – serial emitowany przez telewizję Polsat, opowiadający o pewnym warszawskim domu schadzek hotelu.\n\nHotel\nHotel znajduje się w Warszawie. Posiada liczną obsługę – na jednego gościa przypada 1,98 pracownika hotelu. Goście hotelu zamieszkują w nim wyłącznie celem uprawiania seksu z kochankami, cudzymi żonami lub mężami, nieletnimi, przypadkowymi przechodniami albo Murzynami. Do żadnych zbliżeń zazwyczaj nie dochodzi, bo w kulminacyjnym momencie do pokoju wpada Natalia Lipska...\n\nDramatis personae\nNatalia Lipska – przemądrzała właścicielka hotelu, który odziedziczyła po zmarłym tatusiu. Twierdzi, że na wszystkim się zna, mimo że wcześniej zajmowała się głównie jeżdżeniem różowym garbusem w kwiatki. Zakochana w hotelowym recepcjoniście, odrzuciła zaloty ześwirowanego synalka ambasadora. Obecnie rozwija się w wątku lesbijskim.\nIwona Szwed – menadżer hotelu. Jej brat okazuje się być jej synem, znajomy – o.m.c. mężem, matka – babką, ciotka – sąsiadką, a pies – kotem.\nMichał Horwat – konsjerż (???) hotelu, który zdradził swoją żonę ze swoją szefową, po czym dziwił się, że żona ma mu to za złe. Ostatecznie wyleciał z pracy w hotelu, ale powrócił...\nArtur Górski – lalusiowaty recepcjonista, obiekt westchnień Natalii. Jego mimika jest identyczna jak mimika pomnika Adama Mickiewicza na krakowskim rynku. W ramach pracy został postrzelony, co zaowocowało uczuciem do jednej niewidomej.\nIgor Szwed – kierowca-sprzedawca, jak-się-okazało syn Iwony. Buja się po Wawce służbową furką, przez co lecą na niego laski.\nReszta obsady – epizodycznie istotna.\n\nSchemat typowego odcinka\nW hotelu melduje się mężczyzna X, który przyjechał tu uprawiać seks.\nNatalia rozmawia z Arturem o tym, co ich łączy. Artur milczy.\nDo hotelu przyjeżdża kobieta Y, umówiona z mężczyzną X. Pyta, czy jest on w pokoju. Otrzymuje odpowiedź twierdzącą.\nIwona ma problemy z Igorem.\nMężczyzna X i kobieta Y spotykają się.\nNatalia rozmyśla o tym, co ją łączy z Arturem, żując ich wspólne zdjęcie.\nMężczyzna X podczas gry wstępnej z kobietą Y dostaje ataku serca.\nIwona rozmyśla o kłopotach z Igorem.\nDo pokoju mężczyzny X przyjeżdża pogotowie. Sanitariusz Z rozpoznaje w kobiecie Y swoją żonę/córkę/kochankę/dawną miłość lub panią ze SKOKu za rogiem.\nNastępuje kulminacja medyczno-uczuciowa. Wpada Natalia.\nKobieta Y i sanitariusz Z wszystko sobie wyjaśniają.\nNatalia znów rozmawia z Arturem o tym, co ich łączy. Artur znów milczy.\nIwona znów ma problemy z Igorem.\nNastępuje zapowiedź kolejnego odcinka, w której w hotelu melduje się mężczyzna X, który przyjechał tu uprawiać seks...\n\nObsada\nObsada serialu składa się głównie z osób, którym znudziło się granie w M jak miłość.\n\nKategoria:Polskie seriale obyczajowe", "token_count": 1051}
{"added": "2026-09-28", "author": "nonsensopedia contributors", "created": "2023-06-18", "id": "nonsa_248702", "license": "CC-BY-SA-3.0", "source": "nonsa", "text": "JP – inne znaczenie akronimu (kolejność alfabetyczna):\n\nJa Pierdolę;\nJa Pierwszy;\nJa Podlewam;\nJaPonia\nJa Prowadzę;\nJa Pruję;\nJabol Pokoju;\nJabol Punk;\nJacht Paupra;\nJacht Przybrzeżny;\nJacht Przydomowy;\nJacht Psychiatry;\nJad Politruka;\nJadalny Prawdziwek;\nJadę Powoli;\nJadę Prędko\nJadłospis Pijaka;\nJadowity Pająk;\nJagoda Pomidora;\nJagodowy Piernik;\nJagodowy Pumpernikiel;\nJaja Pelikana;\nJaja Profesora;\nJajka Podhalańskie;\nJak Pierdolnięty;\nJak Pustynny;\nJakby Pożar...;\nJaki Pedał;\nJakiś Plan;\nJakiś Problem?;\nJakoś Przeżyć;\nJakość Pierwsza;\nJałmużna Pomaga;\nJałowa Paplanina;\nJałowa Porada;\nJam Pawian;\nJam Polak;\nJama Prostytutki;\nJamnik Podlewacz;\nJan Pierdoli;\nJanusz Palikot;\nJanusz Prezydentem;\nJapa Potwora;\nJaram Papierosy;\nJaram Pety;\nJarmułka Palestyńska;\nJarski Posiłek;\nJaruzelski Papieżem!;\nJaruzelski Prawicowcem!;\nJarzę Powoli;\nJarzębiak Przepyszny!;\nJaskra Pilota;\nJasność Przemówienia;\nJasnowidz(ka) Potwierdził(a);\nJasny Pierun;\nJasny Przekaz;\nJaśnie Pan(i);\nJawna Prowokacja;\nJawne Poglądy;\nJawne Przekręty;\nJawnogrzesznica Pańska;\nJazda Pontonem;\nJazgot Proboszcza;\nJądro Ptaka;\nJądrowa Pomyłka;\nJąkała Peroruje;\nJednogłosowa Polifonia;\nJebać Policję;\nJebać Polityków;\nJebać Postkomunistów;\nJebać Prohibicję;\nJebać Przestępców;\nJebana Powódź;\nJebana Propaganda;\nJebany Przerywnik;\nJebię Panów;\nJebię Potem;\nJebnę Przeróbki;\nJedno Piwo;\nJednobiegunowy Płciowo;\nJednonogi Pejzażysta;\nJednonogi Pieszy;\nJednoosobowa Pikieta;\nJednoręki Platformers;\nJednorożec Pospolity;\nJednostka Pierdolenia;\nJednostka Prześladowana;\nJednostka Przyspieszenia;\nJednostronna Płyta;\nJednostronny Pejzaż;\nJedność Partii;\nJedyna Partia;\nJedyna Prawda;\nJedynka Poleca;\nJedzenie Przypalone;\nJełop Pospolity;\nJem Parówki;\nJem Pasztecik;\nJem Pączki;\nJem Pierogi;\nJem Pietruszkę;\nJem Placki;\nJem Płatki;\nJem Pomidory;\nJem Posiłek;\nJeniec Pruje;\nJerycho Padło;\nJerzy Popiełuszko;\nJesienne Popołudnie;\nJestem Pachnący;\nJestem Palantem;\nJestem Pałą;\nJestem Pantoflem;\nJestem Papieżem;\nJestem Partyzantem;\nJestem Patałachem;\nJestem Pedałem;\nJestem Pianistą;\nJestem Piekarzem;\nJestem Pierdołą;\nJestem Piękna;\nJestem Pijawką;\nJestem Pilotem;\nJestem Piromanem;\nJestem Pitagorasem;\nJestem Płaska;\nJestem Podły;\nJestem Podopieczną;\nJestem Podmiotem;\nJestem Podróżnikiem;\nJestem Pojebem;\nJestem Pokemonem;\nJestem Pokrzywdzony;\nJestem Polakiem;\nJestem Policjantem;\nJestem Pomocny;\nJestem Pomysłowy;\nJestem Porządny;\nJestem Powodzianką;\nJestem Powołany;\nJestem Powstańcem;\nJestem Pożyteczny;\nJestem Prawiczkiem;\nJestem Prezydentem;\nJestem Pro;\nJestem Programistą;\nJestem Projektantem;\nJestem Pryncypałem;\nJestem Przedmiotem;\nJestem Przedsiębiorczy;\nJestem Przegrany;\nJestem Przemytnikiem;\nJestem Przestępcą;\nJestem Przygłupem;\nJestem Przyjacielem;\nJestem Przyjemny;\nJestem Przykładem;\nJestem Przystojny;\nJestem Przyzwoity;\nJestem Psychopatą;\nJestem Punkiem;\nJestem Pupilkiem;\nJesteś Piśmienny?;\nJeszcze Poczekam;\nJeszcze Pożałujesz;\nJeszcze Proszę;\nJeszcze Przyjdę;\nJeśli Pozwolisz\nJet-Pack;\nJezu Prowadź;\nJezuicka Pijatyka;\nJezus Panem;\nJezus Powiedział;\nJezus Przybędzie;\nJezusowe Przykazania;\nJeżdżę Pociągiem;\nJeżdżę Polonezem;\nJędrne Pośladki;\nJęzyk Polski;\nJęzyk Portugalski;\nJęzyk Propagandy;\nJimmy Page;\nJod Paruje;\nJodek Potasu;\nJoga Pomaga;\nJogurt Papajowy;\nJon Potasu;\nJonizator Powietrza;\nJowisz Planetą;\nJózef Piłsudski;\nJózek Podglądacz;\nJudasz Przedsiębiorcą;\nJudaszowy Pocałunek;\nJulia Pitera;\nJurand Pada;\nJurny Pantoflarz;\nJutro Piątek;\nJutro Poniedziałek;\nJutro Pójdę;\nJutrzejsza Podpaska;\nJutrzenka Przyświeca;\nJuż Posprzątane;\nJuż Przegrałeś;\nJuż Przynudzasz;\nJuż Pusta? :(.JP", "token_count": 1564}
{"added": "2026-09-28", "author": "nonsensopedia contributors", "created": "2025-05-18", "id": "nonsa_28271", "license": "CC-BY-SA-3.0", "source": "nonsa", "text": "Mecz Brazylia vs. Australia (Mundial 2006) rozpoczął się 18 czerwca o godzinie 1800. Na stadionie w Monachium odegrano hymny obu drużyn. Zwycięzca tej konfrontacji zapewni sobie awans do 1/8 finału. Remis oznacza, że o przejściu dalej zadecydują mecze w których Brazylia zagra z Japonią, zaś Chorwacja z Australią. Rozpoczynają ubrani na żółto Brazylijczycy, Australijczycy na granatowo próbować będą odbierać im piłkę. W 3 minucie pierwszy strzał na australijską bramkę! Ronaldo (bez formy w poprzednim meczu) świetnie zagrał do Kaki, który bez namysłu uderzył z 20 metrów... piłka jednak minęła słupek bramki. Po 2 minutach Australijczycy oddali pierwszy celny strzał. Brazylijczycy próbują czarować, jednak piłkarze reprezentacji Australii też nie chcą pozostać dłużni, świetnie tłumią potencjalnie groźne akcje Brazylijczyków... Ronaldinho w polu karnym... przewrócił się... na piłce... Teraz Ronaldo, taka sama sytuacja... ale trafia w Grella... Australijczycy znów świetnie się bronią... Kaká znalazł w polu karnym Ronaldo, który chciał oddać strzał, ale nie trafił w piłkę... W 40 minucie na murawie położył się kontuzjowany Popovich.. najprawdopodobniej nie będzie chciał dokończyć tego spotkania... Tak! miałem rację, minutę później zszedł z boiska... Sędzia doliczył 2 minuty...\n\nKoniec pierwszej połowy, po której Brazylia remisuje z Australią 0:0\n\nDrugą połowę rozpoczynają Australijczycy. Mijają 4 minuty, a po nich... 1:0 dla Brazylii!!! Po podaniu Ronaldo z linii pola karnego strzelał Adriano, a piłka wylądowała w siatce tuż przy słupku!!! Brazylia 1, Australia 0!!! 55 minuta – wyśmienita kontra Australijczyków! Bresciano ruszył lewą stroną, w sytuacji sam na sam nie zdołał oddać strzału, w ostatniej chwili piłkę wygarnął mu spod nóg powracający Ze Roberto... 57 minut...powinno być 1:1!!! Dida wypuścił piłkę z rąk, dopadł do niej Kewell, lecz nie trafił w bramkę... W 66 minucie Lucio strzelał z ponad 30 metrów, piłka odbiła się od jednego z Australijczyków, skozłowała, poturlała się trochę i trafiła pod nogi Ronaldo, ale ten był na spalonym... Atak pozycyjny Brazylijczyków, jak zawsze stłumiony w zarodku... kontra \"Kangurów\" w wyniku której Kewell strzelał z 30 metrów, chybił minimalnie – piłka poszybowała niespełna metr nad brazylijską bramką. Przed i po 70 minucie nastąpiła seria 3 zmian... 77 minuta i... magiczna akcja Adriano z Robinho, w efekcie z woleja strzelał ten drugi, lecz nie trafił w bramkę... Robarto Carlos w ostatnich minutach uderza tak mocno jak tylko umie, nikt nie wie po co... 87 minuta i... Viduka przed szansą!!! Australijski kapitan przelobował Didę, lecz futbolówka spadła za poprzeczką na górną siatkę... minutę później nastąpiła ostatnia zmiana w reprezentacji Brazylii... Minęła 90 minuta gry, opowiem wam ciekawy... 2:0!!! Fred zagrał na prawo do Robinho, ten strzelił z ostrego kąta, a odbitą od słupka piłkę do pustej bramki skierował Fred! Brazylia – Australia 2:0!!! Sędzia doliczył 3 minuty... całkiem niepotrzebnie, bo i tak nie ujrzeliśmy już żadnej bramki...\n\nKoniec meczu! Brazylia pokonała Australię i zapewniła sobie awans do 1/8 finału\n\nKategoria:NonNews 2006 – mundial", "token_count": 1210}
{"added": "2026-09-28", "author": "nonsensopedia contributors", "created": "2006-10-11", "id": "nonsa_34409", "license": "CC-BY-SA-3.0", "source": "nonsa", "text": "Głosowania\nCzy możliwe byłoby utworzenie osobnej przestrzeni nazw z głosowaniami? Część osób nieżle się angażuje w stronę techniczną tj. Kategorię \"Meta-strony Nonsensopedii\".\nMożliwe byłoby oczywiście, ale niepotrzebne. Właśnie przestrzeń meta, czyli u nas Nonsensopedia: jest od dyskusji i głosowań. Plus w tej chwili doszło forum do głosowań mniej zobowiązujących. To raczej kwestia porządnej organizacji tej przestrzeni, a nie wygonienia części stron do nowej. Szoferka 13:47, 3 wrz 2006 (UTC)\nA może przestrzeń dyskusja_Nonsensopedia??\nKategoria:Forum 2006\nA może zrobić nową przestrzeń Głupie pomysły <devil> :P\n:p ale może przeniesiemy głosowania do Dyskusja_Nonsensopedia: ??\nA po co niby? 15:41, 10 paź 2006 (UTC)\nJa to nawet myślę, że głosowanie anm i gnm w przestrzeni dyskusji to nasz życiowy błąd. Szoferka 01:41, 11 paź 2006 (UTC)", "token_count": 326}
{"added": "2026-09-28", "author": "nonsensopedia contributors", "created": "2016-12-07", "id": "nonsa_246928", "license": "CC-BY-SA-3.0", "source": "nonsa", "text": "Skejtówa – skejt-dziewczyna. Jeździ na desce, by wyrwać emo boya. Zazwyczaj nie umie niczego, ale udaje że jeździ, bo to jest po prostu kól.\n\nCo lubią skejtówy\nDający mega powera soczek z Biedronki lub Lidla z suchą bułką, ewentualnie bułką z bananem.\nOglądać filmiki na YouTube i próbować wykonać tricki z nich na desce w domu.\nJeździć do szkoły na desce.\nJeździć po domu na desce.\nChłopców w długich włosach.\nModę „rasta”, według nich „spoko” i „kól”.\nDodawać skejterskie fotki na Fotobloga, chwaląc się nimi między swoimi koleżankami – nieskejtówami.\nChodzić do sk8 parq z psiapsiółami również skejtówami, oraz robić sobie nawzajem zdjęcia na pokaz „umiejętności skejterskich”.\nPodrywać sk8ów ze sk8 parq, patrząc na nich w małej grupce psiapsiółek, śmiejąc się z czegokolwiek, byle by upatrzony skejt zwrócił na nie uwagę.\nZamawiać sobie nowe okularki ze stron internetowych i lansować się nimi wśród psiapsiółek.\nChodzić na sesje (fotograficzne) z deską.\nCzcić rurki, deskę, firmowe ciuchy i kapsle Tymbarka.\nMieć grzywkę, koniecznie na oko. To takie szpanerskie.\n\nWyposażenie deska (miejscami pozdzierana dla lepszego efektu), spodnie (ja-kie-o-ne-są-luź-ne), bluzę ze szpanerskimi adidasami (ewentualnie chińskimi znaczkami – byle przynajmniej z daleka wyglądały na firmówki), czapka, koniecznie odwrócona daszkiem do tyłu, kultowy-jak-chuj plecak typu kostka, pełno wisiorków i kolczyków (z umiarem żeby nie wyglądać jak emo).\n\nCzym zajmują się skejtówy\nLanszeniem się.\nSzpanowaniem nowymi skejtowskimi ciuchami (DC, Etnies, Vans, Adio).\nRobieniem sobie emo-fot lub foteczek swoich jakże udanych trików na desce, żeby potem móc pochwalić się nimi na Naszej-klasie.\nWyrywaniem skejtów na swoje skejtowskie buty, spodnie, bluzki (oczywiście tylko z metkami Etnies, eS, Emerica, C1rca).\nPodniecaniem się „Och jaką trzy-szóstkę dzisiaj zrobiłam!”\nSzpanowaniem za dużą na siebie bluzą swojego BoYffRiEndDa.\nZakładaniem skejt fanklubów na epciu.\nTworzeniem skejt zgromadzeń dziewczyn, które mają takie same buty.\n\nZobacz też skejci\n\nKategoria:Subkultury hip-hopowe\nKategoria:Statusy społeczne", "token_count": 830}
{"added": "2026-09-28", "author": "nonsensopedia contributors", "created": "2021-09-03", "id": "nonsa_246549", "license": "CC-BY-SA-3.0", "source": "nonsa", "text": "thumb|200px|Szpan sutanną\nSutanna (lub sut-anna) – suknia ubranie księży. Daje im +10 do rozpoznawalności na ulicy i +20 do obrony przed czarną magią. Nowsze modele posiadają głębsze kieszenie, potrzebne do składowania pieniędzy z tacy.\n\nNowości\nPojawiają się plany wprowadzenia nowych sutann dla księży, sugerowane wzory to kwiatki i pszczółki. Sugeruje się także wprowadzenie nowego kroju, podkreślającego plecy i dekolt. Sprawa jest wyjątkowo skomplikowana i gorąco dyskutowana w Watykanie.\n\nZobacz też ksiądz\n\nKategoria:Katolicyzm\nKategoria:Ubrania", "token_count": 204}
{"added": "2026-09-28", "author": "nonsensopedia contributors", "created": "2019-05-04", "id": "nonsa_205887", "license": "CC-BY-SA-3.0", "source": "nonsa", "text": "Wyjmujesz komórkę i dzwonisz do TVN-u, następnie opisujesz całą sytuację. Minęła godzina, Tusk nie wraca. W zaistniałej sytuacji i ty udajesz się w kierunku domu, zagryzając Snickersem znalezionym w koszu na zakupy, pod pachą niosąc także chipsy i „Finlandię”.\n\nW domu od niechcenia włączasz telewizor, akurat zaczęły się Fakty. Durczok już ustawiony, wyświetla się nagłówek Jestem Donaldem!, a prezenter zapowiada:<br/ >\n– Jestem hardkorem. Jeden z ulubionych cytatów młodzieży i tytuł sławnego filmu. Takie słowa usłyszał też dzisiaj Donald Tusk, po czym odpowiedział na wyzwanie.\n\nZaraz potem wyświetlono Jestem Hardkorem, jednakże z wklejoną twarzą szanownego premiera tam, gdzie głowę winien mieć kaskader. Następnie wyemitowano wypowiedź prezydenta:<br/ >\n– Obywatele. Nadszedł czas. W którym. Każdy z nas. Powinien zdać sobie sprawę. Że ja sp-JESTEM HARDKOREM-i powinniśmy z tego być. Dumni!\n\nPo wyświetleniu materiału czujesz ekstazę i postanawiasz, że musisz w związku z nią coś zrobić.\n\nMożesz:\nObalić „Finlandię” z sąsiadem;\nPójść spać;\nZacząć świecić.\n\n9997,78", "token_count": 425}
{"added": "2026-09-28", "author": "nonsensopedia contributors", "created": "2014-02-22", "id": "nonsa_189914", "license": "CC-BY-SA-3.0", "source": "nonsa", "text": "Plik:Schody.JPGProlog\n\nPewnych rzeczy nie powinno się robić. Na przykład mieszać. Chociażby alkoholu lepiej nie mieszać. Czasem jest jednak tak, że pewne wydarzenia przyćmiewają rozsądek. Na przykład wypite przed chwilą pół litra. Problem pojawia się jednak i tak dopiero wtedy, gdy przychodzi za tę głupotę zapłacić. Można na przykład obudzić się w towarzystwie siedmiu gołych facetów, chociaż to chyba częściej przydarza się dziewczynom. Swoją drogą jeszcze nie słyszałem, żeby ktoś miał przyjemność obudzić się w towarzystwie siedmiu gołych dziewczyn, ale cóż... takie życie. Czasem jednak zdarza się, że konsekwencje są dużo poważniejsze, tak jak na przykład w moim przypadku. Dlatego idę teraz tym przyjemnym ciepłym tunelem w stronę światła zastanawiając się, co mnie tam czeka.\n\nWrodzona ciekawość nakazuje mi podążać w kierunku owej jasności, nie bacząc na rozmazującą się świadomość. Z drugiej strony nie mogę oprzeć się poczuciu niesprawiedliwości mojego losu. Nie naraziłem się przecież Bogu. Chyba. Owszem, nie prowadziłem się najlepiej, ale i tak lepiej od księdza z mojej parafii, słuchałem trochę metalu, ale nigdy nie sięgałem po Black metal. Ba! Nawet przymykałem oko na poczynania przytoczonego wcześniej księdza, dopóki nie zaczął składać mi dwuznacznych propozycji. Znaczy się w zasadzie te propozycje nie były dwuznaczne, ale doszukiwałem się w nich drugiego znaczenia, gdyż jeśli bym się go nie doszukiwał to pozostałoby to, które bynajmniej mi się nie podoba. Z jakiej więc racji ja, dusza towarzystwa, młody chłopak, miałem umierać w wyniku przedawkowania alkoholu? A w sumie to nawet nie do końca dlatego. Ale historię tę wypada opowiedzieć chyba dokładniej. Co prawda niewiele z tego pamiętam, ale co nieco jestem w stanie otworzyć.\n\nWyszedłem na dwór przewietrzyć się. W głowie szumiało przyjemnie świeżo spożyte przed chwilą czterdzieści procent. A nawet chyba więcej niż szumiało, bo pamiętam, że zwróciłem część zawartości żołądka na trawnik. Zobaczyłem czarną Wołgę wtaczającą się na pobliski parking. Biorąc pod uwagę, że GAZ-21 stanowi obecnie niezwykłą rzadkość, a ja uważam się za miłośnika motoryzacji, postanowiłem się mu bliżej przyjrzeć. Szybko pożałowałem swojej decyzji. Z samochodu wysiadło dwóch osobników wyglądających jak kapłani Bhalla z Baldurs Gate... Nie grałeś? Dobra, niech będzie, masz szerszy opis. Mieli na sobie czarne zbroje i takie śmieszne czapeczki. Obaj byli łysi i mieli po dwa metry wzrostu, a jedynymi punktami wyzierającymi z czerni ich wykrzywionych szaleństwem twarzy były ich przekrwione, czerwone ślepia. U pasa mieli krótkie, lecz zapewne śmiertelnie niebezpieczne pałki. Krzyczeli coś niezrozumiale w swoim gardłowym języku przypominającym metalowy growl. Zrobiłem to, co każdy uczyniłby chyba na widok tak straszliwych demonów. Wrzasnąłem:\n– Odejdźcie, demony piekielne! Odejdźcie sodomizować Szatana w jego plugawym dominium! Czas Apokalipsy jeszcze nie nadszedł! Apage Satanas!!!\n\nDemony popatrzyły na mnie podejrzliwie i wymieniły kilka zdań między sobą, po czym dobyły pał. Próbowałem uciekać, ale jak wiadomo nie jest to łatwe, gdy jest się świeżo po spożyciu... w sumie to nie pamiętam, co dokładnie wtedy piłem. Tak czy inaczej, dorwali mnie szybko. Próbowałem się szarpać. Krzyczałem, ale ciosy pał spadały na mnie nieubłaganie. W końcu mój i tak skołatany mózg poddał się ostatecznie. Straciłem przytomność.\n\nObudziłem się w jakimś samochodzie. Chyba w tej pechowej Wołdze, chociaż to dziwne, bo nie zauważyłem legendarnej, czerwonej niczym Rewolucja, tapicerki. Jak łatwo przewidzieć głowa bolała mnie okrutnie, a i żołądek nie oszczędzał jakoś specjalnie. Chciałem poprosić o szklankę wody. Jedyne co uzyskałem to groźne warknięcia jednego z bucowatych demonów siedzących z przodu i, jak się okazało po dojeździe na miejsce mojego przeznaczenia kolejny łomot.\n\nObudziłem się w celi. Tym razem bolało już naprawdę wszystko. Podniosłem się z nie pokrytej niczym, a nawet nie wyrównanej betonowej wylewki robiącej tutaj za podłogę. Rozejrzałem się. Przede mną kraty, za którymi okrutnie świeciła kilkudziesięciowatowa żarówka niemiłosiernie męcząc skołatane oczy. Za mną również kraty, tyle że w niewielkim okienku bez szyby, przez które wdzierał się chłód nocy. Po swojej prawej miałem zaś metalowe łóżko, do którego przykuto mnie kajdankami za kostkę. Jednym słowem znajdowałem się w typowym areszcie na jakimś zadupiu. Zacząłem wrzeszczeć, że jestem niewinny i żądam wypuszczenia. Nie pomogło jednak nic, nawet straszenie znajomościami w marionetkowym rządzie czy świętej opozycji. Policjanci pozostali głusi na moje wezwania, jedyne co osiągnąłem to pojawienie się niewysokiego brodatego karzełka o górnych kłach sięgających podłogi. W zasadzie jego pojawienie się mogłem wytłumaczyć uszkodzeniami mózgu w skutek nieustannego pałowania, ale czy ktokolwiek w takiej sytuacji zdobyłby się na logikę? Przerażony uskoczyłem do tyłu, niestety potykając się o nierówność w podłodze. Usłyszałem chrzęst łamanych kości. Właściwie nie zdążyłem poczuć bólu i już podążałem korytarzem w stronę światła.\n\nI podążam tak coraz dalej czując jak moja świadomość rozrywana jest przez nieznane siły. Urywają one drobne, właściwie niezauważalne jej kawałki. Z czasem zapominam kim byłem. Zresztą czy ja w ogóle byłem? Liczy się wszakże tu i teraz, niejasny otaczający mnie bezkres tajemniczej rzeczywistości. Z czasem tylko wszechogarniające białe światło. A potem nie ma już niczego...\n\nNotatka policyjna z dn. 15.07.2011, dołączona w charakterze dowodu w sprawie karnej nr 15678/3\n\nPodczas rutynowych czynności patrolowych wykonywanych w dn. 14.07.2011 przeze mnie i młodszego aspiranta Czcibora Askenazego Kowalskiego natrafiliśmy na element niebezpieczny w postaci nastoletniego osobnika pod wpływem środków odurzających. Postanowiliśmy działać tak, jak zazwyczaj w takich wypadkach. Podszedłem do niego, kazałem się uspokoić i okazać dowód tożsamości celem jej ustalenia. Element wyzwał nas od, cytuję: „Demonów sodomizujących Szatana w obliczu nihilizmu plugawego realizmu nadciągającego Armageddonu”. Nie zrozumieliśmy połowy słów, więc uznaliśmy, że bredzi, ale zbyt skomplikowanie na pijanego, więc jest pod wpływem narkotyków. Młodszy aspirant, który przez rok studiował medycynę, ale został wyrzucony, bo sprzedawał części zwłok z uczelnianego prosię proso miejsca składowania trupów, ustalił nawet, że był pod wpływem SLD. Założyliśmy więc, że mamy do czynienia z niemaniem dokumentu tożsamości przystąpiliśmy do wykonywania czynności mających na celu unieszkodliwienie elementu niebezpiecznego zgodnie ze schematem 3P, tj. pała, pała, pała, w celu przewiezienia go do izby wytrzeźwień w Warszawie. Zgodnie z procedurami, gdy element przestał się ruszać opierać załadowaliśmy go do radiowozu. Po dojeździe na miejsce okazało się, że placówka jest w remoncie, więc wróciliśmy z elementem na komisariat w Świniotopie. W międzyczasie element zaczął się znów awanturować i wyklinać „latające ponad uwielbieniem matrioszki Rosyji bluźniercze kotlety zła”. Doszliśmy do wniosku, że element jest do tego wysłannikiem wspaniałego państwa sowieckiego wrednym szpiegiem podłych Rusków, więc zaczęliśmy pilnować go ze zdwojoną uwagą. Po dojeździe na miejsce zamknęliśmy go w celi i przykuliśmy do łóżka, uprzednio powtarzając zasadę 3P. Mimo to element niebezpieczny dalej się szarpał i krzyczał. Po dwóch godzinach przestał, ale nikt nie sprawdził dlaczego, bo za pięć minut był koniec naszej zmiany. Następni też nie sprawdzili, bo był cicho. No to ja na drugi dzień poszedłem i sprawdziłem. Element leżał w kałuży krwi nadziany na łom wystający z nogi łóżka, który musiał zostać po którymś z poprzednich aresztantów. Postępowałem dalej zgodnie z procedurami, czyli powiadomiłem przełożonych. A teraz muszę kończyć, drogi pamiętniczku, bo przyjechała delegacja z komendy głównej. Pewnie chcą mi wręczyć odznaczenie albo i awans za unieszkodliwienie niebezpiecznego szpiega.\n\n(Jeszcze) Starszy Aspirant Zenobiusz Dolnogórny z komendy w Świniotopie", "token_count": 3031}
{"added": "2026-09-28", "author": "nonsensopedia contributors", "created": "2021-01-04", "id": "nonsa_243600", "license": "CC-BY-SA-3.0", "source": "nonsa", "text": "Wydarzenia w Polsce\n2 sierpnia – władze Austro-Węgier kupiły Piłsudskiemu żołnierzyki.\n3 sierpnia – Niemcy dokonali parę zmian urbanistycznych na planie Kalisza.\n\nWydarzenia na świecie thumb|200px|Niemieccy żołnierze musieli docenić belgijską szkołę budownictwa, zakładającą budowę krzywych ścian w celu irytacji pedantycznych Holendrów\n28 czerwca – Franciszek Ferdynand wyjechał na ulicę Sarajewa. Nie wiedział, że Gawriło Princip był Spritem, a on tylko pragnieniem.\n28 lipca – Austria wypowiedziała Serbii wojnę. Rozpoczęła się wojna w Jugosławii I wojna światowa.\n1 sierpnia – Niemcy wypowiedziały wojnę Rosji. Na wszelki wypadek zabrali kurtki, gdyby walka na froncie przedłużyła się.\n2 sierpnia – Niemcy znaleźli na mapie Luksemburg.\n3 sierpnia – Niemcy wypowiedzieli wojnę Francji.\n4 sierpnia – Wielka Brytania wypowiedziała wojnę Niemcom.\n5 sierpnia i kolejne dni – X wypowiedział wojnę Y. W sumie można wstawić tutaj dowolne państwa, będzie się zgadzać...\n24 grudnia – Niemcy z Brytyjczykami podzielili się opłatkiem. Generałowie też. I ten oto sposób zwierzęta przemówiły ludzkim głosem.\n\nUrodzili się\nTak naprawdę nikt z znanych ludzi się wtedy nie urodził. Żołnierze zamiast zająć się żonami i dziewczynami poszli na front...\n\nZmarli\n6 kwietnia – Józef Chełmoński, polski malarz, którego największym sukcesem był sprzedaż obrazu.\n\nKategoria:XX wiek\n\nen:1914", "token_count": 543}
{"added": "2026-09-28", "author": "nonsensopedia contributors", "created": "2021-10-04", "id": "nonsa_4992", "license": "CC-BY-SA-3.0", "source": "nonsa", "text": "thumb|220px|Jeden z mądrzejszych (p)osłów thumb|150px|On także mógł zostać (p)osłem!\nPoseł – osioł (gw. oseł) z przedrostkiem „p” (palant). Osoba, której nie powiodło się w życiu, nie znalazła pracy lub z niej wyleciała. Poza tym ogromnie zakompleksiona i żądna władzy oraz uprawiająca wszelkie rodzaje kumoterstwa oraz działania korupcyjne. Brak sukcesów zawodowych posła tłumaczyć można niezwykle zaawansowanym poziomem wizjonerstwa, ocierającym się o abstrakcję. Żaden przeciętny obywatel nie jest w zasadzie zrozumieć wizji posła, nie mówiąc o uznaniu ją za rzeczywistą oraz rozsądną, a powszechnie panuje plotka, że nawet sam poseł rzadko wie o co mu chodzi.\n\nPoseł do niedawna charakteryzował się brakiem wykształcenia. Teraz w większości posiada ukończoną podrzędną szkołę wyższą, w której nabył prawa do pracy magisterskiej. Ukończony kierunek studiów posła to przeważnie historia lub psychologia, co jak się okazuje pozwala mu być specjalistą z zakresu podatków, ubezpieczeń społecznych lub też innych strategicznych dziedzin gospodarczych.\n\nPoseł (ww. osioł) jest zwierzęciem stadnym, a jego trwającą cztery lata kadencję najlepiej opisać na przykładzie zachowania stada świń przy korycie. Poseł – podobnie jak świnia – najpierw musi się do koryta dopchać, a kiedy to uczyni robi wszystko, aby się przy nim utrzymać jak najdłużej. Poseł nigdy nie napcha się do syta, a po odbyciu kadencji „idzie na ścięcie” przeważnie pozostając bez godności, wstydu, honoru, zaufania czy też jakichkolwiek oznak człowieczeństwa.\n\nW ramach przerw w przepychankach przy korycie, ulubionym zajęciem posła jest tarzanie się w błocie, lub mieszanie z nim innych posłów, używając w tym celu jedynie chwytów poniżej pasa. Tarzając się w błocie posłowie preferują przede wszystkim takie czynności jak: publiczne poniżanie siebie oraz innych członków stada, sabotaż, podstęp... tudzież organizacje perwersyjnych, ostro zakrapianych spotkań.\n\nArena, na której odbywają się wyżej wymienione czynności, potocznie nazywana jest Sejmem. Sejm jest specyficznym miejscem pracy, w którym tolerowany jest stan „na gazie”, z niewiadomych przyczyn uznawany za naganny we wszystkich szanujących się przedsiębiorstwach.\n\nZachowanie posła w czasie kadencji pozwala stwierdzić, iż jest ono bliskie zachowaniu innego, cieszącego się podobnym poziomem szacunku członka społeczeństwa – złodzieja, dokładniej kieszonkowca. Wynika to z faktu, iż wspomniany żer posła zbudowany jest w większości z oszczędności oraz wynagrodzeń obywateli, będących pochodną ich ciężkiej pracy oraz posiadanych kompetencji, które to z kolei są pojęciem abstrakcyjnym dla posła.\n\nPoseł ze względu na posiadany poziom inteligencji nie ma wstępu do Media Markt; nie powinien mieć również wstępu do takich miejsc jak: urząd skarbowy, bank, kino, teatr, supermarket, czy kościół.\n\npremier prezydent złodziej\n\nKategoria:Zawody związane z polityką", "token_count": 1058}
{"added": "2026-09-28", "author": "nonsensopedia contributors", "created": "2025-05-18", "id": "nonsa_28130", "license": "CC-BY-SA-3.0", "source": "nonsa", "text": "Mecz Meksyk vs. Angola (Mundial 2006) rozpoczął się 16 czerwca o godzinie 2100. Meksykanie podczas odgrywania hymnu swego kraju śpiewają głośno. Prawe ręce trzymają w charakterystyczny sposób przy sercu. Mecz rozpoczął się punktualnie o 2100. Drużyny faulowały się jak tylko już od pierwszych minut; w końcu nawet zniesiono kogoś z boiska. W 22 minucie z boiska dało się słyszeć obój, co jest o tyle dziwne, że tego europejskiego instrumentu nie uświadczysz w żadnym z krajów, które rozgrywały mecz. Korzystając z okazji, że nic się na boisku nie dzieje pragnę przypomnieć, że nasza reprezentacja nie ma już szans na wyjście z grupy. Pod koniec pierwszej częsci spotkania, do której sędzia doliczył 2 minuty Meksykanie oddali groźny strzał z 5 metrów, który został jednak zablokowany. Wreszcie!!! Koniec pierwszej połowy, jednej z najsłabszych w całych mistrzostwach.\n\nDo przerwy remis – 0:0\n\nDrugą połowę rozpoczynają piłkarze z Angoli. Piłkarze Meksyku parę razy centrowali w pole karne, lecz to nie przynosi, jak narazie, rezultatu. Nic się nie dzieje, nic! Kompletne dno! W 80 minucie spotkania czerwona kartka dla Andre, który ręką zatrzymał kontrę Meksyku. Wreszcie jakieś emocje. Dalej jednak znów nudny mecz... sędzia doliczył do spotkania 3 minuty, jednak w ciągu nich nic się nie stało.\n\nTen emocjonujący mecz zakończył się wysokim remisem – 0:0.\n\nKategoria:NonNews 2006 – mundial", "token_count": 524}
|